Kancelaria Ochrony Berła - Błazen Nadworny

Spisano dnia 1 listopada A.D. 2015

Kancelaria Ochrony Berła


     Było to za czasów Króla Lolita Małego, którego, jak wszem i wobec wiadomo, Miłościwie Nam Panujący jest potomkiem, chociaż po kądzieli. A zatem wydarzyło się onegdaj, iż Król Lolit kraj swój obaczyć postanowił i w podróż po całym państwie się wybrał. Nieszczęśliwie jednak już na drugi dzień kareta w dziurę słusznych rozmiarów na gościńcu wpadła, przez co oś się ułamała i dalej jechać nie było sposobu. Posłano więc po kowala do pobliskiej wioski, iżby co rychlej się zjawił i koło zreperował, jednakowoż skoro się tylko mieszkańcy zwiedzieli, iż sam Najjaśniejszy Pan ze świtą tuż pod lasem stoi, wraz go obaczyć pobiegli, a i pokłonić się nisko. Zjawił się też z nimi człek pewien, nader licho odziany, co zaraz na przedzie zbiegowiska stanął i z dłońmi w kułak zaciśniętemi nader brzydko spode łba na Monarchę spozierał. Wraz go tedy pojmano, jednakowoż skoro po wnikliwszym badaniu wsiowym przygłupem jeno się okazał, życie mu darowano i puszczono wolno. Zląkł się jednak Król Lolit, że co gorszego wydarzyć by się mogło i w te słowa odezwał się do Marszałka Wielkiego Koronnego, który to akurat w pobliżu się znajdował:

     – Mości Marszałku, niedopuszczalnym jest wszakże, by rzecz taka wydarzyć się mogła i by halabardnikom dopieroż osobę naszą strzec przyszło. Zadbać o to należy, by ludzie nieodpowiedni w naszym otoczeniu w ogóle zjawić się nie mogli, a to przecie najlepiej działaniami potajemnymi czynić. Zajmij się więc sprawą oną, a wynagrodzimy cię hojnie, złota, zaszczytów, ni orderów nie skąpiąc.

     Skłonił się tedy pan Marszałek i skoro tylko do zamku powrócono, w mig do działania przystąpił. Za dukaty z kasy królewskiej na ten cel wyasygnowane Kancelarię Ochrony Berła, tajną wielce, utworzył i komnaty dla niej nielicho wyposażył. Najął też kancelistów zmyślnych, jako i pachołków rosłych, wżdy do bijatyki skorych. Z ich to pomocą najsampierw pojmał i do lochu wtrącił niejakiego Bojka, kaprala Straży Królewskiej, a to uczyniwszy rzekł doń tak:

     – Jest mi wiadomym, iż wraz z kompanami swymi spiskujesz, na życie Miłościwie Nam Panującego nastając, za co rychło gardłem zapłacić ci przyjdzie.

     – Wielmożny panie!  jął bronić się Bojko – Gdzieżbym śmiał, wszak Króla mego nade wszystko miłuję! 

     – Dobrze wiem, co knujesz – Marszałek mu na to – przeto areszt wydobywczy na cię nakładam, a to oznacza, że albo mi swych współspiskowców raz dwa wydasz, albo jak nic w lochu zgnijesz. 

Bronił się jeszcze Bojko, przed trybunałem niewinności swojej dowieść obiecując, lecz mu pan Marszałek krótko odparował: 

     – Nawet skoro by przed trybunałem rzecz stanąć miała, to śledztwo nie mniej, jak lat pięć zajmie, proces zasię drugie pięć lat, zaczem co by się nie stać miało, dziesięć lat w ciemnicy o chlebie i wodzie siedział będziesz. Skoro mi jednak jak na świętej spowiedzi wszystko wyznasz, życie daruję i wolno puszczę, konfidentem, albo i prowokatorem sowicie wynagradzanym czyniąc. Rozważ to sobie dobrze przez noc, a ja jutro wysłuchać cię powrócę i jeśli nic się od ciebie nie dowiem, cierpliwość niechybnie stracę! 

     Bojko, mimo iż bystrym szczególnie nie był, rzecz całą jak umiał, tak przemyślał i zmiarkowawszy, iż nic milczeniem nie wskóra, zaraz rano imiona dwóch swych kompanów od kielicha, niby jako pozostałych spiskowców panu Marszałkowi wyjawił. A byli to: Trzeszczypał Nieostry i Świszczygnat, Łysym zwany. Marszałek następnie gryzipiórkowi swemu, najwięcej zaufanemu, zeznanie w specjalnej księdze umieścić nakazał, które to Bojko znakiem krzyża podpisał i dodatkowo przyobiecał o wszystkiem, co mu się podejrzane wyda, nie mieszkając donosić, a skoro nic by mu się podejrzanym nie wydało, znajomków swoich do podejrzanego nakłaniać.

     Jak łatwo odgadnąć, nazajutrz, skoro kur zapiał, areszt wydobywczy wobec wzmiankowanych Trzeszczypała i Świszczygnata zastosowano, przez co się wkrótce księgi marszałkowe o nowe zeznania, jako i przyobiecania wzbogaciły. I tak dwie niedziele nie minęły, jak tropem spisku idąc, pan Marszałek swe rejestra o kilku znaczniejszych oficerów Straży wzbogacił, a do Wielkanocy także siła dworzan w nich umieścił. Wciąż też zaprowadzano kolejne księgi, by w nich spisywać, o czymże to który z coraz liczniejszych konfidentów doniósł. I tak na ten przykład, jeden z paziów kucharza nadwornego zadenuncjował, iż ten sposobność mając, jak nic Króla Jegomości otruć może. Nie wtrącono jednakże kucharza do lochu, mimo iż ewentualność taką pod rozwagę brano, bo by się to dziwne wydać mogło, gdyby tak do stołu dnia pewnego nie podano i niechybnie by się Najjaśniejszy Pan przez to rozgniewał. Miast tego kuchcikowi pewnemu sól na proszek jakowyś specjalny podmieniono i gdy ten mięsiwo posolić zamierzał, za rękę pochwycono, za czym wtrącono do lochu. Przy okazji nałożono też areszt wydobywczy na dwie podkuchenne, o współsprawstwo je oskarżając. 

     Wielce się też pan Marszałek uczynkami Podstolego Koronnego zainteresował i lokaja jego, imieniem Okowit, na swój rejestr uprzednio wciągnąwszy, dnia pewnego na okoliczność przepytał.

     – Widziałem, wielmożny panie, jako pan Podstoli z królewskich danin to i owo podbiera i sobie ostawia – rzekł sługa ów wielce z siebie zadowolony. 

     – To wiem i bez ciebie, durniu – odparł Marszałek – gadaj, coś jeszcze widział!

     – Nocą z zamku niekiedy się wymyka i za człeka prostego przebrany, mieszczkę pewną odwiedza… 

     – Ciekawe… Atoli i o tym słuchy mnie doszły. Co jeszcze? 

     – A to, wielmożny panie, że od mieszczki owej wcale prosto na zamek nie zmierza, jeno z człowiekiem pewnym w gospodzie się spotyka… 

     – A któż to ten człowiek? O tym nic mi nie doniesiono. 

     – Imć pan Filister, poseł obcego mocarstwa – uśmiechnął się Okowit szelmowsko. I nie bez powodu, boć pan Marszałek złotym dukatem go za ową nowinę nagrodził, choć pod karą szubienicy przykazał, jak grób o wszystkim milczeć. Spodziewał się też Okowit, iż jego pan wraz za to pod sąd królewski pójdzie, co by mu i w smak było, jako że nieraz odeń cięgi srogie otrzymał i z serca całego go nienawidził. Jednakowoż nic się takiego nie stało. Pan Podstoli za to z panem Marszałkiem osobliwie zgadzać się począł i wżdy mu przytakiwać, chociaż wcześniej zwaśnieni srodze byli. Co do Okowita zaś, złoczyńcy go jacyś niebawem wedle oberży napadli i mieszek z talarami zabrawszy, gardło poderżnęli.

     Czas mijał, zaś Kancelaria Ochrony Berła rozwijała się i rozrastała. I coraz to częściej o świtaniu do drzwi tego i owego łomotano, by go aresztem wydobywczym uraczyć i coraz to nowe księgi się w Kancelarii zjawiały, a w nich skrzętnie spisane, co który z poddanych kiedy uczynił, powiedział, uczynić, bądź też powiedzieć zamierzał, albo zgoła mógł był pomyśleć. Wszyscy więc w strachu żyli, bo jeśli kto jeszcze konfidentem nie był, przez samo to tylko już zdawał się podejrzanym, jeśli zaś w księdze zapisany został i o czem trzeba donosił, lękać się mógł, że nie dość starannie to czyni, a denuncjacje jego mało użytecznymi wydać się mogą. 

     Wszystkiemu jednak na tym świecie kres przychodzi i oto dnia pewnego zmarło się Królowi Lolitowi, zasię na na tron następca jego, Kacper, Barczystym zwany, wstąpił. I kres nadszedł również działaniom pana Marszałka, kiedy to w sali audiencjonalnej rycerzy kilku ni stąd ni zowąd doń podeszło i sługi jego w pień wysiekłszy, areszt nań nałożyło. Oskarżono go następnie o władzy nadużycie i zdradę stanu, a przy tem mienia królewskiego przywłaszczenia, jako też zwyczajne złodziejstwo, pijaństwo, rozpustę i wszelakie inne wszeteczeństwa, za co niechybnie gardłem zapłacić by musiał. Cóż, za wysoko był urósł i nazbyt potężnym stał się, a jako przecie wiadomym jest, grom nie w źdźbła trawy, jeno zawżdy w najwyższe drzewa godzi... 

     Tak też spędził Marszałek kilka niedziel w wieży, a blady strach padł na jego kancelistów i pachołków, konfidentów, prowokatorów i popleczników wszelakich, którzy przecie jako i on w stan oskarżenia postawieni zostać mogli. Nic się takiego jednakże nie stało, bo procesy takowe osobliwie nie w smak były Najjaśniejszemu Panu, panom senatorom, tudzież urzędnikom Dworu. Ostatecznie więc rzeczy szczególnie nie rozgłaszając samego głównego delikwenta banitą uczyniono, do swego majątku na wsi go zsyłając, a wstępu na dwór po wsze czasy zakazując.

     Co do ksiąg marszałkowych zasię, miano je wprawdzie spalić, jednakowoż po namyśle głębszym stwierdzono, iż Kancelaria Ochrony Berła, takim staraniem utworzona, przydatną przecie okazać się może, zaś zgromadzone w niej dokumenta nierozsądnym niszczyć by było. I takim to sposobem, choć pod coraz to inszym zwierzchnictwem, trwa owa Kancelaria aż po dziś dzień i ma się wcale nielicho, powinność swą pełniąc sumiennie.

     A i nowa odmiana zdarzyć się może, boć powiadają, iż wraz z abdykacją Króla Kacpra wsze czasy minęły i pan Marszałek we własnej osobie lada dzień na dwór powrócić może, choć temu akurat nieszczególnie jest rad


Wasz
Błazen Nadworny