Błazen Nadworny - Znak Zorro

Spisano dnia 10 lutego A.D. 2019

Znak Zorro


     Zmierzchało. W karecie siedzieliśmy we czwórkę – Pan Szambelan, ja i dwie towarzyszące nam damy. Konwersacja się nie kleiła, albowiem wszyscy byliśmy już srodze utrudzeni podróżą. Powozy Księcia Regenta i jego świty musiały odsadzić nas o dobrych paręnaście staj, jako że nasz, choć zaprzężony w czwórkę koni, jechał znacznie wolniej, a to z uwagi na skrzynię aż po brzegi wypełnioną złotem. Dla niepoznaki ochraniało nas ledwie dwóch konnych, lecz ktoś znający się na rzeczy spostrzegłby bez trudu, iż koła zostawiają nad wyraz głębokie ślady w solidnie zmrożonem śniegu. Któż jednak mógłby to zoczyć, skoro od wielu już godzin sunęliśmy przez równinne pustkowia? Jak okiem sięgnąć, jeno biel i nic ponadto, żadnych ludzkich siedzib, ani nawet pagórków urozmaicających krajobraz – może poza czarną kreską na widnokręgu przed nami. Rosła ona bardziej i bardziej, aż stała się wyraźnem konturem puszczy, by w końcu otoczyć nas drzewami ze wszech stron.

     Wjechaliśmy w las. Ośnieżone świerki, rosnące wedle wąskiego gościńca, zdawały się muskać gałęziami ramiona hajduków ciągnących kłusem po obu stronach karety. Niekiedy zresztą musieli oni schylać głowy lubo też biały puch osypywał się na nich, skoro nie uczynili tego w porę. Siedząc po prawej, lecz tyłem do kierunku podróży, przyglądałem się człekowi, jadącemu z lewej i obstawiałem w myślach, kiedy też po raz kolejny otrzepywać się będzie ze śniegu. W pewnej chwili jednak spadło nań z wielkiem łomotem coś dużego, czarnego i wraz zwaliło z siodła. Konie parsknęły i nasz powóz stanął jak wryty. Nimem pojął, co się wydarzyło, drzwi karety rozwarły się i zbój jakowyś w masce na twarzy, mierząc w nas z samopału zawołał donośnem głosem:

     – Wysiadać!

     Uczyniłem posłusznie jako rozkazał, podobnież Pan Szambelan, a wraz z nami obie białogłowy. Na ich twarzach malowało się przerażenie. Ujrzawszy obydwu hajduków leżących w śniegu z poderżniętemi gardłami, przeżegnałem się co rychlej, odgadując, iże mnie, jako i mego towarzysza niechybnie zaraz takaż śmierć spotka, zasię niewiasty – musi los od niej zgoła gorszy.

     Zbójców było trzech, a ich herszt zapewne, również w masce, rzekł dobywając rapier:

     – Złota jeno chcę i kosztowności. Ściągnijcie co rychlej pierścienie, brylanty i co tam jeszcze, a może być, życie wasze oszczędzę.

     W tem czasie obadwaj jego pomagierzy poczęli mocować się ze skrzynią z tyłu karety.

     – Niedoczekanie! – wrzasnął nagle Pan Szambelan i w mgnieniu oka zrzuciwszy futro oraz kaftan, sięgnął szpady – Gardłem zapłacisz chamie za swoją zuchwałość!

     Rzeczy potoczyły się tak szybko, że dopiero jak już było po wsztkiem, przyszło mi pojąć, co się wydarzyło. Ledwie kilka brzęków żelaza i oto rapier wyfrunął z rąk napastnika, po czem celny sztych trafił go prosto między oczy. Nim pozostali rabusie zdołali porzucić skrzynię i schwycić samopały, każden z nich otrzymał podobne pchnięcie.

     – Na rany Chrystusa! – krzyknął widząc to stangret, a na jego twarzy odmalowało się przerażenie tak wielkie, że aż trudno to wyrazić słowami.

     Niewiasty dopiero teraz ochłonęły na tyle, by pisnąć donośnie, potem zaś poczęły szlochać i przez czas jakiś trudno było je uspokoić. W końcu wsiedliśmy na powrót do karety i wówczas dopiero spostrzegłem, iż koszula Pana Szambelana była rozdarta na piersi, zapewne od mało celnego cięcia rapierem, zadanego mu przez przeciwnika, zaś na nagiem torsie dostrzegłem starą bliznę na kształt litery Z.

     Miesiąc stał wysoko na niebie, gdy dotarliśmy wreszcie do zamku, w którem przyszło nam przepędzić noc i gdzie ucztowali już w najlepsze Książę Regent i jego świta. Końca nie było w ów wieczór opowieściom o wiadomej przygodzie, tudzież pochwałom męstwa naszego wybawcy i toastom na jego cześć.

     – Towarzyszem mi jesteś najdroższem i najpierwszem stróżem majątku mego – rzekł nawet doń Książę, choć fakt ów przecie i tak był wszem i wobec wiadomem.

     Skorom udawał się już na spoczynek idąc do wyznaczonej mi komnaty, w krużganku posłyszałem szept:

     – Panie! Stańcie na chwilę, a posłuchajcie mnie, panie!

     – Ktoś ty? – spytałem nie mogąc dojrzeć w mroku twarzy.

     – Jam stangret, powoziłem dziś waszą karetą, panie – padła odpowiedź.

     – Czego chcesz?

     – Juści nie wolno mi milczeć, Panie, jak mi Bóg miły, nie wolno! Jeno wam mogę wyjawić, co wiem.

     – Gadaj zatem!

     – Jest ledwie jeden szlachcic, co sztych taki zadać umie i któren literę Z ma wyrytą na piersi. To zdrajca, Panie!

     – Łżesz niczem pies! – nie zdzierżyłem – Śmiesz, łotrze, Pana Szambelana o zdradę oskarżać?! Tegoż, któren dziś życie nasze i skarb książęcy ocalił?!

     – Wysłuchajcie mnie panie! Za młodu służyłem w tem zamku, u starego Pana Kasztelana, świeć Panie nad jego duszą. Jemu to raz przyszło być sekundantem pewnego szlachcica nazwiskiem Ryszardowicz. Tego dnia o świcie widziałem pojedynek. Stałem nieopodal trzymając konia za uzdę i ujrzałem ten sam sztych, co dziś. Raz dwa trupem położył swego przeciwnika, a potem w drodze powrotnej opowiedział memu panu, gdzie się pchnięcia owego wyuczył. Jadąc przodem słyszałem wszytko.

     – I gdzież to było?

     – W koloniach hiszpańskich, za oceanem.

     – Gdzie?!

     – Jako żywo! Tamże przebywał pono ów Ryszardowicz za młodu i tam napadł nań ongi w drodze zbój zwący się Zorro, co po hiszpańsku znaczy tyle co lis. Wybił do nogi oddział żołnierzy, a na ostatek broniącemu się dzielnie szpadą chłopcu życie z litości oszczędził i jeno literą swą pierś naznaczył, po czem wziął do siebie i będąc mu niczem ojciec, fechtunku wyuczył. U niego młodzian tajemnicę pchnięcia owego poznał.

     – Nawet jeśli to prawda, gdzież tu zdrada?

     – Szlachcic ów sam stał się niczem lis. Majątku pozbawion, powróciwszy, na obcą służbę jako szpieg się zaciągnął, pieniądz moskiewski brał.

     – Skąd wiesz?!

     – Rzekł mi to Pan Kasztelan na łożu śmierci, nie nalazłszy w porę nikogo, komu mógłby przed skonaniem tajemnicę oną wyznać. Odkrył zdradę, lecz skoro się Ryszardowicz zwiedział, znikł i odtąd go nie widziano.

     – I Pan Szambelan miałby być tem Ryszardowiczem? Nie rozpoznałeś go wcześniej?

     – Na twarzy bardzo się odmienił, lecz litera Z! I tego sztychu nie zapomnę nigdy. Przecie niem trzech ludzi dziś na tamten świat wyprawił!

     – A on cię nie poznał?

     – A któżby tam kiedy przyglądał się służbie, proszę jaśnie pana...

     – Co prawda, to prawda – rzekłem – jeśli nie łżesz, trzeba Księcia Regenta co rychlej uwiadomić.

     – To już wasza powinność, panie, jam ciężar z serca zrzucił.

     To rzekłszy znikł w mroku, ja zaś zawróciłem i skierowałem swe kroki ku komnatom książęcym, ale ujrzawszy Regenta idącego krużgankiem wraz z Szambelanem, przystanąłem i ukryłem się za załomem muru.

     – Powiadam ci, mój Rysiu, więcej ostrożności – mówił Regent – papiery spalić przyszło łatwo, lecz sztych ten kiedy cię zdradzi...

     A zatem...! Niebywałe! Chocia z drugiej strony, znając czyją tajemnicę, łatwo jest utrzymać go w posłuszeństwie. Cóż więc czynić? Jestli wokół Księcia więcej takich, jak Ryszardowicz?

     Zorro znaczy lis – przynajmniej jednego hiszpańskiego słowa nauczył się dzisiaj


Wasz
Błazen Nadworny


 
 

Częstuję Was ciasteczkami (po nowemu cookies). Bez obaw, nie są zatrute! Zostając u mnie godzicie się je pałaszować, choć przecie zawżdy wydalić je możecie ze swych przeglądarek. Ja sam wolę dziczyznę i czerwone wino, wszakże wiedząc ile już u mnie ciasteczek zjedzono, łacno poznać mogę, ilu miałem gości.