Błazen Nadworny - Dwie wieże

Spisano dnia 3 lutego A.D. 2019

Dwie wieże


     Młodzież poszła w tany, my zaś wraz z Panami Śpiżarnem i Piwnicznem, usiedliśmy w samem końcu stoła, z dala od świateł tuzinów świec płonących w złoconych żyrandolach i odbijających swój blask w zda się niezliczonych kryształowych lustrach. Choć sami nieskorzy do pląsów, to przecie racząc się reńskiem winem, tudzież przedniem trójniakiem, z lubością przyglądaliśmy się owem wytwornem menuetom, dostojnem polonezom i skocznem mazurom, a przy tem żywo komentowaliśmy wdzięki i urodę tańczących niewiast. Skromny kandelabr u okiennego wykusza rzucał na nasz stół w sam raz tyle światła, aby bez trudu dało się odróżnić sarni udziec w miodzie od jagnięcego combra w rozmarynie.

     Lica nasze tem samem pogrążone były w półmroku i zapewne dla tej właśnie przyczyny z początku nie rozpoznali nas przechodzący mimo Panowie Kamieniecki i Trelemorelski, chocia po prawdzie, pierwszy z nich miał już nieźle w czubie, drugi zasię zdawał się jakoby odurzony opium. Podtrzymując się wzajem, utracili w pewnej chwili równowagę i zatoczywszy się zgodnie ku nam, upadli ciężko tuż obok na ławę. Pan Trelemorelski pierwszy doszedłszy do siebie, spojrzał na nas z lekkiem zdumieniem, po czem zamrugał i wybełkotał:

     – A cóż to za triumvirat? Spiskujecie waszmościowie przeciw Księciu Regentowi?

     – Gdzieżbyśmy śmieli! – odkrzyknęliśmy zgodnie – Przez myśl by nam to nie przeszło!

     – A mnie się zda – mruknął Pan Kamieniecki – że tu się mówiło o wieżach, co to je niby Książę miał chęć wybudować.

     – Jako żywo, nic nam o takiem projekcie nie wiadomo – zaprzeczyłem jak najgorliwiej.

     – Zaiste? – spytał Pan Trelemorelski – Wiedz zatem mości Nadworny, że krzty prawdy w onych kalumniach nie ma. Miałżeby Książę wieże stawiać, by je potem dzierżawić muszkieterom, iżby ci, strzelając z nich do się wzajem, w rzemiośle wojennem się ćwiczyli? Miałżeby się na tem bogacić? Wszak wiadomem jest wszem i wobec, że ani trochę nie dba o to, co vanitas vanitatum zowią. A dowód najprostszy, że wież nijakich nie najdziesz, choćbyś i ze świecą szukał. Quod erat demonstrandum.

     – Skoro jeno o zamyśle mowa, nie dziwota, że się jego inkarnacyji nie uświadczy... – wyrwało mi się, alem zaraz przerwał, albowiem Pan Śpiżarny dał mi pod stołem tęgiego kuksańca.

     – Waść jednakoż wierzysz w owe bajędy – Pan Kamieniecki przyjrzał mi się uważnie – zapewne więc i w to, że Książę majstra z Wiednia sprowadził?

     – Nie daję temu wiary! – zaprzeczyłem gorliwie.

     – A jednak idę o zakład, że wierzysz...

     – Przegrasz waszmość – przerwałem mu i zaraz ugryzłem się w język.

     – Co, ja przegram?! – chciał unieść się z ławy, lecz mu się to nie powiodło i na powrót opadł na nią ciężko.

     Cóż czynić? – przemknęło mi przez myśl – zaraz przyjdzie do kłótni, a stąd już prosta droga do pojedynku. Nie teraz, rzecz jasna, lecz gdy wytrzeźwieje, a wówczas usiecze mnie jak amen w pacierzu, bom przecie w fechtunku znacznie mniej od niego sprawny. No chyba, żeby piórem bić się przyszło, atoli on, jak nic, wyzwie mnie na szable. Albo na bandolety. Znając me szczęście, w deszcz kapiszon zmoknie i bandolet nie wypali...

     – No, może nie całkiem waść przegrasz... – rzekłem – przyznam, żem słyszał tu i owdzie rozmaite pogłoski cokolwiek do prawdy podobne...

     – Pewno i tę, że nasz Regent majstrowi onemu nie zapłacił, jeno odesłał go przed oblicze sędziego? Wszytko to podłe kłamstwa!

     – Bez wątpienia – odrzekłem rad, iż perspektywa nagłej śmierci oddaliła się ode mnie na moment – mówisz waść nader przekonująco...

     – I słusznie Regent uczynił, boć nemo iudex in causa sua, jako powiada rzymskie prawo. Sam rzeczy rozsądzić by nie mógł, a bez wyroku płacić się nie godzi – ozwał się Pan Trelemorelski wywracając oczami – a skoro psubratu nie zapłacił, znaczy twardo po ziemi stąpa, co to pieniądz wie i byle niemiaszkowi oszwabić się nie da. Vivat Książę!

     – Vivat! – wznieśliśmy wszyscy trzej kielichy, zasię nasi goście wlali sobie w gardła okowity prosto z gąsiorka.

     – I vivant nadobne białogłowy! – zawołał zaraz Pan Śpiżarny licząc ani chybi, iż konwersacja nasza przedmiot swój rychło odmieni. Na nic jednakoż się to zdało, bowiem Pan Kamieniecki beknąwszy donośnie ozwał się znowu:

     – A i szlachetnem jest nasz Regent, boć przecie miast do sądu odsyłać, mógł kazać służbie ów cudzoziemski pomiot za próg wyrzucić i jeszcze psami poszczuć. Albo i wybatożyć. On zaś rzekł jeno: O, ja cię nie mogę ukrzywdzić!

     – Za wzór uczciwości, tudzież cnót wszelakich stawiać by takiego męża – wtrąciłem, mój interlokutor zaś ciągnął dalej:

     – Zapłacić zasię nijak się nie dało, skoro rachunek manu propria po niemiecku wystawion. Czyż nie tak?

     – W samej rzeczy – przytaknął Pan Piwniczny – nikt by się w takowej pisaninie nie rozeznał...

     – No! – Pan Kamieniecki podparł głowę na łokciu – Albo te kłamstwa, że Książę miałby wieże wznosić na cudzej ziemi, co to ją podstępnie chciał odebrać prawowitem dziedzicom...

     – Boć to i żadni dziedzice – wtrącił swoje trzy grosze Pan Trelemorelski – praw nijakich do swej ojcowizny nie mieli, a że im garść dukatów Książę łaskawie sypnąć raczył, to znów o szlachetności jego niepomiernej świadczy.

     – Zaprawdę, wielkie ma serce nasz Regent – westchnął Pan Śpiżarny – ani  iniurii żadnej nikomu nie uczyni, ani nawet słowem pospolitem nie rzuci, jako to rokoszanie mają we zwyczaju...

     – Otóż właśnie! – wybełkotał Pan Kamieniecki – Ergo, wszytko to podłe kłamstwa! Usiekę każdego, kto je powtórzy! Jak mi Bóg miły, ubiję niczem psa lubo na czworakach dreptać będę i tegoż psa w nos całować...

     To rzekłszy osunął się pod ławę i usnął. Pan Trelemorelski chrapał odchyliwszy głowę do tyłu.

     – A więc waszmościowie, wypijmy za to, co się szczęśliwie nie wydarzyło – rzekł do swych kompanów


Wasz
Błazen Nadworny


 
 

Częstuję Was ciasteczkami (po nowemu cookies). Bez obaw, nie są zatrute! Zostając u mnie godzicie się je pałaszować, choć przecie zawżdy wydalić je możecie ze swych przeglądarek. Ja sam wolę dziczyznę i czerwone wino, wszakże wiedząc ile już u mnie ciasteczek zjedzono, łacno poznać mogę, ilu miałem gości.