Błazen Nadworny - Protegowany Pana Podskarbiego

Spisano dnia 25 listopada A.D. 2018

Protegowany Pana Podskarbiego


     Rana ma goi się nader sprawnie, guarisce come un cane, jak powiada nasz dobry doktor Sorpreso, chocia mnie porównanie z psem akurat mało przypada do gustu. Ważne atoli, że wstaję już z łoża o własnych siłach i, co prawda, nie opuszczam jeszcze swej komnaty, to jednak urządzam już sobie po niej przechadzki. Udałem się właśnie na eskapadę w stronę okna, stoję przy niem i spoglądam w dół, na spowite siwą mgłą miasto, a w szyby miarowo pluszcze drobny deszcz. Jest ponure, listopadowe popołudnie. Pod wieczór nawiedzą mnie Panowie Piwniczny i Śpiżarny, zaczem uweselim się węgrzynem tudzież kapłonami. Pojawi się zapewne  i Suzin, któren nie trzeźwieje od wielu dni, po tem, jak car zabrał mu całen majątek i zapłacił w zamian jednego rubla. Cóż, Rosja... Taki już los Rosjanina...

     Temczasem zaś słyszę donośne stukanie. Odwracam głowę i oto we drzwiach komnaty dostrzegam młodzieńca, wcale przystojnego, odzianego z francuska.

     – Witaj mości panie Nadworny! – pozdrawia mnie uprzejmie kłaniając się w pół i wyczyniając zawijasy swem kapeluszem – Jestem Melchior Kamieniecki, z tych Kamienieckich, do usług.

     – Witam waszmości – odpowiadam – cóż sprowadza jednego z Trzech Króli w moje skromne progi?

     – Najlepiej objaśniłby to zapewne mój protektor, Pan Podskarbi Wielki Koronny – on na to siadając przy ławie – jednakoż trudno przecie oczekiwać, by odwiedził waszmości we własnej osobie.

     – Zaiste trudno... – mówię sadowiąc się naprzeciwko.

     – Otóż to! – uśmiecha się delikatnie – tem więcej przybywam ja sam, albowiem rzecz cała tyczy się nie kogo innego, lecz mnie właśnie.

     – Zamieniam się w słuch.

     – A zatem, z woli ojca mego i za sprawą Pana Podskarbiego obejmę wkrótce intratną posadę – urząd tajnego radcy naszego ambasadora na cesarskiem dworze.

     – W tak młodem wieku? Powinszować! I cóż będziesz acan w konfidencyjej doradzać dyplomacie?

     – Ach, czy to ważne...? W rzeczy samej kwestia owa ani trochę nie spędza mi snu z powiek. Dość, że pensyjka niczego sobie.

     – Musisz być jednak waszmość wielce zdolny i wykształcony nader starannie.

     – W istocie, ukończyłem kolegium jezuickie, atoli zawżdy więcej niźli do arytmetyki lubo retoryki, ciągnęło mnie do szermierki i wojennego rzemiosła, a jako wiadomem jest, inter armis silent Musae.

     – Inter arma byłoby jakoś bardziej po łacinie – poprawiam dyskretnie.

     – Może i tak, mało istotne. Ale o czem to ja...? No właśnie! Na dowcipie mi nie zbywa, atoli protektor mój mniema, że właśnie od waszmości nauczyć mógłbym się celności w słowie, błyskotliwych ripost i tak dalej, a to bardzo ułatwić potrafi karierę. Przygwoździć tego i owego, subtelnie zmieszać z błotem adwersarzy moich mocodawców... Któż w końcu, jeśli nie błazen...

     – Potrafi ukłuć uszczypliwem dictum? – kończę za niego – O to waści idzie? Tak, umiejętność owa jest domeną błazna i takiż atrybut stanowi błazeństwa, jak kaduceusz lub czapka z dzwonkami. Cóż ci jednak po niej? Czyliż zawiodła mnie ona na szczyty? Przeciem błaznem ledwie, a na dodatek, całen czas w niełasce.

     – Znać, nie potrafisz waść zrobić należytego użytku ze swego talentu, skoro mnie jednak wyuczysz...

     – Kłuć będziesz waszmość tych, których kłuć potrzeba, podczas gdy ja kłuję, kogo sam zapragnę. Pomnij jednak, iż to nie wystarczy, albowiem jednych żądlić, zaś innem znów schlebiać należy.

     – W tem wyszkolił mnie już mój protektor...

     – Nie wątpię...

     – Zaś co do żądlenia, ani rusz mi nie wychodzi.

     – I nie dziwota, boć żądło tępieje na usługach pochlebstw. Lecz nic to, wal na odlew młotem, jak ojciec waszmości! Przy dobrych koneksjach sic itur ad astra. Wierzaj mi, zajdziesz wysoko.

     Zapada na chwilę milczenie i zda mi się mój interlokutor cokolwiek strapionem. W końcu jednak mówi:

     – Bóg zapłać waszeci. Kto wie, czy ta rada nie jest cenniejszą, niż każda nauka... Adieu!

     To rzekłszy znów wywija swojem kapeluszem, a potem wychodzi. Kto wie, czy rada moja...?! Wie to każden przecie! A to, że z wysokości spadając dotkliwie potłuc się można, wie takoż, bo przecie niejedno już widział 


Wasz
Błazen Nadworny


 
 

Częstuję Was ciasteczkami (po nowemu cookies). Bez obaw, nie są zatrute! Zostając u mnie godzicie się je pałaszować, choć przecie zawżdy wydalić je możecie ze swych przeglądarek. Ja sam wolę dziczyznę i czerwone wino, wszakże wiedząc ile już u mnie ciasteczek zjedzono, łacno poznać mogę, ilu miałem gości.