Błazen Nadworny - Maestro i Dwórka Małgorzata

Spisano dnia 21 maja A.D. 2017

Maestro i Dwórka Małgorzata


     Było to w przeszłą niedzielę, jaką godzinę potem, jak zadzwoniono na Nieszpór. Słońce zaszło, a niebo przykryły ciemne, wełniste chmury, przez co mrok zapadł wcześniej niż zwykle. Potem błysło się trzy razy za oknem, lecz nie dosłyszałem grzmotu – burza musiała być jeszcze bardzo daleko.

     Zapaliłem świecę i chcąc przypomnieć sobie treść angielskiej Magna Charta Libertatumzasiadłem do lektury, lecz przeczytałem ledwie parę zdań, kiedy zastukano do mej komnaty. Sądząc, iż to pewno Pan Piwniczny z dzbanem węgrzyna, a może i półgęskiem, rozwarłem co rychlej dźwierza, jednakoż ku memu zdumieniu ujrzałem w progu dwóch ichmościów odzianych z cudzoziemska, w czarnych kapeluszach z takiemiż pióry i w czarnych pelerynach. Skłonili się grzecznie, zaś młodszy z nich, wysoki i kościsty spytał:

     – Powiedzże nam waćpan z łaski swojej, azaliż trafiliśmy dobrze do królewskiego zamku?

     – Jak najlepiej, w rzeczy samej... – odparłem wielce zaskoczony temi słowy i odruchowo uczyniłem ręką gest, który można było pojąć jako zaproszenie. Skorzystali zeń ochoczo, a za niemi wemknął się do komnaty czarny kot.

     – Pozwolisz acan, że się przedstawię – rzekł starszy jegomość, krępy, o włosach obficie przyprószonych siwizną – jestem Hrabia von Wieland, Doktor Nauk Tajemnych, znawca Czarnej Magii, to zaś mój uczeń, Markiz de Mon.

     – Błazen Nadworny, do usług... – odrzekłem wciąż jeszcze nie mogąc zebrać myśli.

     – Błazen! – zakrzyknął Markiz – a zatem dobrze trafiliśmy, Maestro! Błazen, chocia najmniejszy ma wpływ na to, co dzieje się na Dworze, o Dworze wie zawszeć najwięcej. I o całem Królestwie. On zatem najlepiej zaspokoi naszą ciekawość!

     – Skoro życzycie, waszmościowie... Choć muszę was przestrzec, iż Czarna Magia zda się u nas zakazaną, zaś Święte Oficjum...

     – Doprawdy? – zdziwił się Hrabia siadając w mem fotelu – Nigdy bym nie pomyślał. A co do Inkwizycji, to... nie warto zawracać nią sobie głowy. Wszystko jest kwestią złota. Wierzaj mi, panie Nadworny, iż za odpowiednią ilość florenów każden duchowny sprzymierzy się choćby i z szatanem. Ale do rzeczy. Powiedz mi waść, czyliż kraj twój gościnnem jest dla przybyszów?

     – Jakże by inaczej? – obruszyłem się – Wszak przyjąć obcych pod swój dach, chrześcijańską jest cnotą, zaś próżno w świecie szukać narodu, któren bardziej od naszego byłby chrześcijańskiem.

     – To wam się chwali – rzekł Doktor – a pytam, bom dopiero co uciął sobie z pewnem jegomościem w gospodzie pogawędkę po niemiecku. Ni stąd, ni zowąd człek jakiś wstał ode stoła i przeżegnawszy się wymierzył tamtemu cios między oczy. Potem zaś zamachnął się na mnie.

     – I cóż waści uczynił? – spytałem zakłopotany.

     – Szczęśliwie nic a nic. Potknął się bowiem o ławę i legł jak długi prosto na szablę innego szlachcica, któren to dobył ją z krzykiem: Bij, kto w Boga wierzy! Szabla ucięła mu głowę.

     – Ach tak...

     – Potem zaś, już na dziedzińcu, obwieś jakiś cisnął kamieniem w mego kota, wrzeszcząc, iż to z uwagi na barwę jego sierści – tu wskazał zwierzę, które właśnie usadowiło się na mem stoliku do pisania i uważnie wpatrywało w leżące tam pergamina.

     – Lecz nic się nie stało, prawda...?

     – Chybił – wyjaśnił Markiz de Mon – po czem pośliznąwszy się w błocie upadł i skręcił kark. Niech go piekło pochłonie!

     – Zaiste, niezbyt miłe przypadki spotkały waszmościów w mojem kraju, jednakowoż, jako rzekłem...

     – Nie zrozum nas acan źle – przerwał mi von Wieland – nie upatruję nic zdrożnego w tem, iż nie lubi się tu przybyszów. Wręcz przeciwnie, ja osobiście postrzegam to jako cnotę, dowód prawdziwego umiłowania swej ojczyzny. Wszak każden obcy to wróg, a skoro kto szuka u was schronienia, precz go przegnać należy czem prędzej i jeszcze psami poszczuć.

     – Niech mnie wszyscy diabli, jeśli myślę inaczej! – wtrącił Markiz, a kot zjeżył sierść na grzbiecie, zapewne słysząc o psach.

     – Dziwi mnie jedynie – ciągnął dalej Doktor – iż wciąż jeszcze mówi się o tem niedostatecznie głośno i cokolwiek pokrętnie, chocia z drugiej strony...

     – Napotkaliśmy na ten przykład sędziego, któren plótł niestworzone brednie – zachichotał Markiz de Mon – memu mistrzowi tak się to spodobało, że pomieszał mu trochę w głowie, a tamten począł opowiadać jeszcze większe bzdury!

     – Prawdę rzekł jeno wtedy, gdy przyznał, iż bierze łapówki – mruknął kot, mnie zaś niemal oczy wyszły na wierzch ze zdumienia.

     – Tak, to było prawdą... – przyznał Doktor, po czem spojrzał w mą stronę – A właśnie! Jakże to jest u was z tą atencją dla religii? Azaliż zaprawdę, wszyscy...?

     –  Jako jeden mąż! – rzekłem – Naród nasz słucha głosu Kościoła i szanuje przykazania. Miłuj bliźniego i niech mowa wasza będzie tak, tak, nie nie...

     – Słyszałem już owe słowa – odparł von Wieland rozsiadając się głębiej w fotelu – lecz nie przywiązywałbym do nich zbytniej wagi. Stałem i patrzyłem ongi, jak tego, co je pierwszy wyrzekł, wieszano na krzyżu. Marnie skończył...

     – Jakże to być może? – wyszeptałem, a cała krew odpłynęła mi od twarzy.

     – Pozwól, Maestro, że ja objaśnię – wyrwał się Markiz – to bardzo proste, nasz Doktor jest największem w świecie znawcą Czarnej Magii. Ot i wszystko.

     – Tak mówią – von Wieland skłonił się nieznacznie – i zapewne z tego oto powodu zaproszono mnie do waszego zamku. Ale do rzeczy, nie chciałbym popełnić jakiej gafy. Powiedz mi, jak zowie się król, który tu włada?

     – Jeśli masz wasze na myśli Infanta, to istotnie jest on królem, atoli z uwagi na młody wiek, w jego imieniu rządzi Książę Regent...

     – Młody wiek? Ileż liczy sobie wiosen?

     – Czterdzieści i pięć.

     – Zaiste niewiele. W tem wieku bardziej do uciech ciągnie niż do obowiązków.

     – Lecz już garnie się cokolwiek do władzy, choć przecie go Książę Regent zawżdy srodze strofuje, skoro jeno kwestii jakiej nie uzgodniwszy, sam się z nią na forum publicznem wyrwie.

     – Nie warto więc zaprzątać sobie głowy Infantem – skwitował Doktor – a ów Książę Regent?

     – To człek wielkiej mądrości i pracowitości. Nie masz mu równego. Z niespotykaną jasnością widzi wszelkie sprawy, spogląda w przyszłość, układa strategiczne projekta...

     – Wybacz waść – przerwał mi – lecz jakąż strategię może stworzyć ktoś, kto nie jest w stanie zaplanować nic choćby na głupie tysiąc lat do przodu?

     – Książę zawżdy powiada – odrzekłem nie dając się zbić z pantałyku – iż państwo, jakie właśnie buduje, przetrwa tysiąclecie...

     – To nader ciekawe, Maestro, już to gdzieś słyszałem – zauważył Markiz de Mon, zaś czarny kot uniósł głowę znad moich ksiąg i zdało mi się, iż uśmiechnął się szyderczo.

     – Książę powtarza też miesiąc w miesiąc, iże walczyć będzie aż do ostatecznego zwycięstwa – dodałem.

     – Czemże ma ono być? – spytał Doktor.

     – Jako żywo, nie wiem – odpowiedziałem z pełną szczerością – lecz Książę zawżdy powiada, iż wrogów jego przepełnia okrutna nienawiść i niewyobrażalna wprost agresja...

     – Piekielnie piękne słowa, Maestro! – zakrzyknął Markiz – Tam do diabła, życzmy mu zwycięstwa!

     – Tem chętniej przyjmie więc moje usługi – rzekł von Wieland – w rzeczy samej poproszono mnie, bym zastąpił tu pewnego szarlatana, któren mienił się doktorem sztuk tajemnych. Opowiadał on wiele o osobliwych eksplozjach i nawet zabrawszy raz beczkę prochu, wysadził nim pono w powietrze jaką stodołę, ale poza tem niezbyt wiele zdziałał. Koniec końców, wziął nogi za pas.

     – Skradł parę skrzyń złota i załadowawszy je na statek, odpłynął do Nowego Świata. Iście czarcia sztuczka! – zaśmiał się Markiz.

     – Skoro zaś powstał vacat na stanowisku doradcy, zwrócił się do mnie o pomoc, jak mu tam, Książę Marceli...

     – Hetman Wielki Koronny, Minister Wojny... – dopowiedziałem cicho.

     – Cokolwiek osobliwa nazwa – odparł von Wieland – Książę musi wszak miłować pokój nade wszystko. W liście napisał mi, iż z całego serca pragnie rozbroić armię do cna, atoli takiem sposobem, aby się o tem nikt, a nikt nie dowiedział.

     – Być nie może! – wyszeptałem.

     – Przedsięwzięcie to zda się, w istocie, trudnem, lecz od czegóż Czarna Magia? – odrzekł Doktor, a kot parsknął śmiechem.

     – Ani się obejrzycie, a będzie po wszystkiem – miauknął głośno.

     – Pozwolę sobie zauważyć, Maestro, że już zmitrężyliśmy aż nadto czasu u tego... Błazna. Przypomnę też, iż obiecaliśmy dopomóc panu Instygatorowi Koronnemu, któren gotów jest własną duszę zaprzedać za to, byś i innem sędziom namieszał w głowach równie skutecznie, jako i tamtemu.

     Na te słowa kot wyprężył grzbiet, przeciągnął się i zeskoczył ze stolika.

     – Racja – odparł Hrabia von Wieland powstając z fotela – wybacz waść, ciekawie nam się gawędziło, lecz wzywają mnie sprawy wagi państwowej. Ach! Byłbym zapomniał. Nie wszystko dam radę zrobić sam. Będzie mi potrzebna do pomocy niewiasta, dwórka imieniem Małgorzata. Rzeknij, proszę, gdzie ją odnajdę?

     – Nie masz takiej w naszem zamku – odparłem zgodnie z prawdą, blednąc jeszcze bardziej.

     – Nie? – zdziwił się – Trudno... A zatem... niech będzie Beata! Wszak imię to oznacza błogosławioną – uśmiechnął się nieznacznie stojąc już we drzwiach.

     I tylem ich widział. Poszli skąd przyszli? Chocia z drugiej strony, miałżeby Książę afiszować się z takiem doradcą? Wszak misja jego być może nadzwyczaj sekretną... I kto wie, czy ów tajemniczy Hrabia von Wieland, Doktor Nauk Tajemnych, znawca Czarnej Magii, zaiste nie zaangażował się w sprawy państwa? Po owocach jeno będzie mógł to poznać


Wasz
Błazen Nadworny


 
 

Częstuję Was ciasteczkami (po nowemu cookies). Bez obaw, nie są zatrute! Zostając u mnie godzicie się je pałaszować, choć przecie zawżdy wydalić je możecie ze swych przeglądarek. Ja sam wolę dziczyznę i czerwone wino, wszakże wiedząc ile już u mnie ciasteczek zjedzono, łacno poznać mogę, ilu miałem gości.