Błazen Nadworny - Błazen i jego król

Spisano dnia 1 października A.D. 2017

Błazen i jego król


     Miejscem błazna w czas audiencji lubo inszych ceremonii jest podnóżek tronu. Z tejże perspektywy najłatwiej mu prześmiewać, rzucać kąśliwe uwagi pod adresem tego, czy owego, ale i niekiedy podszepnąć co swemu władcy. Tak to właśnie bywa na dworach, atoli w mojem przypadku jest całkiem odmiennie: dowcip mój ani rusz nie przypada do gustu Najjaśniejszemu Panu, porady puszczane są zawżdy mimo królewskich uszu, prześmiewanie urzędników zda się czynnością nazbyt niebezpieczną, a co się tyczy kąśliwych uwag, to już dawno polecono mi, bym raczej ukąsił sam siebie. Na cóż więc komu taki błazen jak ja? Sam nieraz stawiałem sobie to pytanie, lękając się, iż lada dzień rzekną mi: fora ze Dwora! Albo sami na zbity pysk wyrzucą, albo i co gorsze. A tu nic. Mam wikt i opierunek i jeszcze niekiedy parę czerwońców w kieszeń mi wpadnie mimo owej, zda się, niezdatności. Zatem jednak muszę być do czego potrzebny!

     – Sokoro byś waszmość gnił w lochu, albo na stryczku zadyndał, mógłby kto rzec, że u nas swobód nie staje – objaśnił mi to niedawno Pan Miecznik – tak zaś jesteś chodzącem dowodem na to, iżeśmy wolności oazą, wyspą tolerancji na wzburzonych wodach Europy.

     Potem zaś zaraz dodał:

     – Tako powiada Książę Regent i z jego łaski jeno chodzisz jeszcze po tem świecie, bo skoro by to ode mnie zależało, to...

     Szczęśliwie nie dokończył, lecz ledwie pogroziwszy mi palcem oddalił się w swoją stronę.

     A zatem siedzę sobie teraz nie u podnóżka tronu, lecz w najciemniejszem kącie Sali Audiencjonalnej i słucham, choć prawdę powiedziawszy mało uważnie, jaką mowę wygłasza oto Pan Kanclerz.

     – Nie sądzisz waść – nachyla się ku mnie Hrabina von Schön oder Niederstein, choćby z racji na pochodzenie swego małżonka równie poślednie miejsce zajmująca na audiencji – nie sądzisz waść, że Książę Regent zda się wielce rozbawionem?

     Spoglądam w lewo i, choć z oddali, widzę że jako żywo, Książę śmieje się do rozpuku i aże rączki zaciera z uciechy.

     – Ekstraordynatoryjna to rzecz zaiste – odpowiadam – zważywszy na jego zawżdy marsowe oblicze. Miałyżby słowa Kanclerza w taką wprowadzić go radość? Wszak Pan Kanclerz, jako ma to we zwyczaju, tak i dziś zda się ponurem niczem chmura gradowa.

     – Bien sûr! – mówi Hrabina – w rzeczy samej musi mieć owa wesołość wcale inszą przyczynę.

     – Znam ci ją – szepcze siedzący tuż obok Pan Śpiżarny, słysząc naszą pogawędkę.

     – Vraiment? – Hrabina na to – mówże więc acan co rychlej, albowiem umieram z ciekawości!

     I zaraz oboje zamieniamy się w słuch, a Pan Śpiżarny ciągnie:

     – Pamiętacie waćpaństwo, jako to Najjaśniejszy Pan veto położył był na kanclerskich ustawach?

     – A jakże! – kiwamy oboje głowami.

     – Książę tak się naonczas rozsierdził, że jak chłopca do bicia w gębę raz i drugi strzelił, to ten aże dwie niedziele opuchnięty chodził.

     – A Infantowi za karę nakazał obydwie ustawy manu propria sto razy przepisać – dodaję.

     – W rzeczy samej. Owóż Król wczora nieledwie pisanie ukończył, a cały ten czas chodziły słuchy, iż przepisując, to i owo w ustawach odmieniał. Tu miast kropki przecinek postawił, tam znowu słowo i słowem lub zastąpił, owdzie wreszcie jaką ważną rzecz opuścił, albo też co swojego przyrzucił. Przede wszystkiem zaś osobę Pana Instygatora Wielkiego Koronnego Żebrowicza własną osobą zastąpił.

     – Oj figle, figle! – śmieje się Hrabina, ja zaś chrząknąwszy dopowiadam:

     – Cóż, wziąwszy pod uwagę młody wiek Jego Królewskiej Mości, trudno przecie się dziwić, iż więcej od spraw publicznych, psoty takowe mu w głowie. Wszystko to jednakowoż ani rusz nie tłumaczy wyśmienitego humoru Księcia Regenta!

     – Racja – rzecze Pan Śpiżarny – atoli wyjawił mi Pan Łowczy w wielkiej konfidencyji, iż dziś rano, skoro Książę ustawy one obaczył, wraz pomiarkował, że tam jeno z pozoru wszystko na opak stoi, naprawdę zaś prawo nie mniej, a może więcej nawet jest dlań korzystnem niźli poprzednio.

     – Comment c'est possible? – dziwi się Hrabina – Wszak to dla przyczyny tegoż prawa szlachta czyniła rokosz! Na cóż więc było całe owo veto?

     – Pewno dla zabawy – mówię – może chciał się Infant jeno z Regentem podroczyć?

     – Zabawa ta źle by się skończyć mogła – odzywa się Pan Woźniczy, siedzący po drugiej stronie – wybaczcie waćpaństwo, alem słyszał waszą rozmowę. Wiedzcie, że Książę pogniewał się nie na żarty, skoro mu doniesiono o onych przeinaczeniach. Wczora zawezwał do siebie Infanta i srodze mu pogroził. A iżby Najjaśniejszy Pan wraz pojął, że Książę groźby swe spełni, pierwej nakazał kilku towarzyszy jego dziecięcych zabaw o czyny niegodne oskarżyć, a serdecznego druha dla przykładu do ciemnicy wtrącić. 

     – Mówisz waść o tem przystojnem młodzieńcu, którego Król zwykł był nazywać Królikiem? – Hrabina na to i nie mogąc powstrzymać wzburzenia, rzuca wcale głośno – C'est terrible!

     – Zamilknijcież waćpaństwo na wszystkie świętości! – odwraca się siedzący przed nami wąsaty szlachcic, pewno jaki poseł na Sejm – Jeszcze trochę a posłyszy was Pan Podkanclerzy Błyskotlicki, co siedzi w pierwszem rzędzie! Azaliż chcecie i wy w lochu skończyć?

     Milczymy więc, a Pan Kanclerz dalej rzecze o tem, czego oczekuje naród i jako się to oczekiwanie rychło spełni. Mnie zaś, gdy myślę o błazeństwach Najjaśniejszego Pana, przychodzi do głowy, iż skoro bym siedział nie tu, w kącie, lecz tam, u podnóżka tronu, niejeden mógłby pomyśleć, iż Króla ode mnie różni ledwie nakrycie głowy... Być zaś mylonem z Majestatem ani trochę nie pragnie


Wasz
Błazen Nadworny


 
 

Częstuję Was ciasteczkami (po nowemu cookies). Bez obaw, nie są zatrute! Zostając u mnie godzicie się je pałaszować, choć przecie zawżdy wydalić je możecie ze swych przeglądarek. Ja sam wolę dziczyznę i czerwone wino, wszakże wiedząc ile już u mnie ciasteczek zjedzono, łacno poznać mogę, ilu miałem gości.