Błazen Nadworny - Banita

Spisano dnia 15 października A.D. 2017

Banita


     O wszystkiem dowiedziałem się przypadkiem, jako że dobrych dni parę spędziłem poza Zamkiem, towarzysząc Najjaśniejszemu Panu w podróży. Dowiedziałem się zatem przypadkiem i to niezbyt szczęśliwem, jak się zaraz pokaże. Ale po kolei.

     Owego dnia obudziłem się rankiem i obaczywszy słońce za oknem, jakby mi nie dość było jeszcze podróżowania, postanowiłem wybrać się na przejażdżkę. Kazałem zatem czem prędzej konia osiodłać i dosiadłszy go, jeszcze przed śniadaniem, ruszyłem gościńcem ku południowi. Zaraz jednak zboczyłem na zachód i na przełaj, poprzez ścierniska, pogalopowałem w stronę wyłaniającej się właśnie z porannej mgły puszczy, ciesząc oczy jej jesiennemi barwami. Mając za plecami słońce, obserwowałem, jak dalekie z początku, kolorowe plamy, przywodzące na myśl paletę jakiego mistrza, w miarę przybliżania zwolna zmieniały się w złociste klony, olchy i wysmukłe brzozy o białych pniach, szkarłatne buki oraz potężne dęby, stojące dumnie, niczem posągi odlane z brązu, a wszytko tu i owdzie inkrustowane ciemną zielenią świerków, jodeł lubo sosen.

     Ostawiwszy po lewej wioskę, przybliżyłem się ku drzewom i ściągnąwszy wodze, jechałem lekkiem kłusem wzdłuż ściany lasu, kiedy nagle z zarośli wyskoczył zabłąkany kundel i głośnem ujadaniem do tego stopnia klacz mą spłoszył, że aż stanęła dęba. Nie mniej zaskoczony, nie zdołałem utrzymać się w siodle i runąłem na ziemię, pech chciał, akuratnie padając bokiem na sporych rozmiarów głaz. Aże trudno wystawić sobie, jaki ból poczułem w piersiach! Straciłem na moment oddech, zasię w oczach mimowolnie stanęły mi łzy. Leżałem tak dłuższą chwilę, nawet nie probując się podnieść, albowiem przy najmniejszem ruchu zdawało mi się, jakoby mnie kto włócznią przekłuwał. Wtedy to właśnie obaczyłem owego człowieka. Brodaty, słusznej postury, zmierzał ku mnie odziany w łachman, niosąc na kiju małe zawiniątko. Ani chybi w łeb mnie zaraz zdzieli – przeszło mi przez myśl – weźmie mieszek, pierścień z palca zerwie, albo też nożem ugodzi i obrabowawszy, bez ducha ostawi. Jam zaś bezbronny niczem dziecko!

     – Możesz się waszmość ruszyć? – spytał temczasem podszedłszy bliżej – Schwyć z całych sił mą rękę! Spójrz za mem palcem w prawo, a teraz w lewo! Maszli czucie w nogach?

     To rzekłszy począł sprawdzać, czy kończyny me wciąż jeszcze w jednem kawałku.

     – Boli mnie okrutnie w piersiach – wyszeptałem – zda mi się, jakobym czem płuco przebił.

     Usłyszawszy to, rozpiął mi ostrożnie kaftan i koszulę, a następnie począł obmacywać boki.

     – Aj! – zawyłem nagle pod jego dotknięciem.

     – Suspicio fracturam costae ultimae sinistrae – stwierdził – masz waćpan pęknięte poślednie żebro, chwalić Boga nic wielkiego, zrośnie się, choć niedziel parę jeszcze boleć będzie. Szczęśliwie, z dnia na dzień coraz mniej. Każ posłać po laudanum i bierz z początku dwa tuziny kropel trzy razy na dzień, szczególnie przed snem, potem zaś zmniejszaj dawkę.

     – Kimże acan jesteś? – spytałem dochodząc już nieco do siebie – Nosisz chamski przyodziewek, atoli z mowy twej poznać, żeś szlachetnie urodzony, a do tego jeszcze kształcony w medycynie.

     – Zaiste jestem medykiem – odrzekł – nie poznajesz mnie waść, choć przecie terminowałem u doktora Sorpreso, na Zamku.

     – Ach! W rzeczy samej! – teraz dopiero twarz jego zdała mi się znajomą – Widywałem niekiedy waszmości! Cóż jednak porabiasz tutaj, odziany na podobieństwo zbója lubo też żebraka?

     – Bardziej to drugie – uśmiechnął się krzywo – idę precz, jako mi przykazano albo raczej zezwolono w swojej łaskawości.

     I wtedy to opowiedział mi całą ową historię. Otóż wraz z dwoma kompanami, jako i on terminującemi u naszego poćciwego doktora, przyszedł do przekonania, iż skoro na Dworze coraz to bardziej szczędzi się grosza i na medyków i na medykamenta, nadejdzie pewnie dzień, kiedy to już ani komu leczyć nie będzie, ani też czem się kurować. A że Pan Kanclerz zawżdy był powiadał, iże o wszytkich trudnych sprawach, czy to w dzień, czy nocą rozmawiać jest gotów, poprosili więc owi szlachetni młodzieńcy o posłuchanie, by jak raz, racje swe wyłożyć. Kanclerz jednakowoż gryzipiórków swoich jeno na dyskurs posłał, a skoro ci mu o rzeczy całej donieśli, tak się rozsierdził, iże nakazał nie mieszkając medyków do lochu wtrącić i tam głodem zamorzyć.

     – Dopiero Księżna Józefina ubłagała go, by w łaskawości swojej pozwolił nam Dwór opuścić i do obcych krajów się udać. Tak więc, idę – zakończył swą opowieść.

     – Hm... Cóż... – rzekłem nieco strapiony – dobry z waszmości Chrześcijanin i porządny człowiek, żeś mnie w opresji poratował, atoli na rozsądku ci zbywa, jako i kompanom twojem. Wszak było to jasnem niczem słońce, iż Pan Kanclerz zuchwałości takowej płazem nie puści i chocia dla przykładu srodze was ukarze. A gdybyż tak się komu jeszcze pertraktować z niem zachciało? Co wtedy? No i sam acan widzisz...

     Pokiwał głową ze zrozumieniem, jakoby rzec chciał: mądry, kto po szkodzie. Ja zaś sięgnąwszy do mieszka powiedziałem:

     – Pozwól waść, że ci przysługę twoją wynagrodzę...

     – Nie! – zaprotestował – Na to mi honor nie pozwoli! Skorom służył na Dworze, opłacał mnie, choć kiepsko, Pan Podskarbi, teraz zaś mi przysiąc kazano, iż w kraju naszem więcej leczyć nikogo nie będę. Przyjmij więc waszmość mój uczynek jako chrześcijańską przysługę i od nagradzania jej złotem racz się powstrzymać.

     – Cóż, skoro tak... – odparłem z trudem stając na nogi – honor rzecz święta. Pomóż mi zatem dojść do tej oto wioski, a ja sprawię ci tam jaki poczęstunek. Widzę wszak, że żołędziami jeno się żywisz, to zaś dla świń dobre, nie dla ludzi.

     W pierwszej chacie skraja kupiłem mu za parę groszy dwa bochny chleba, garniec miodu i gomółkę sera, on zaś podziękował, skłonił się, Boga pochwalił i powędrował w świat.

     Do Zamku dotarłem furmanką, namówiwszy jednego z chłopów, by zawiózł mnie tam za dwa czerwońce. Czując na każdem wyboju okrutny ból w lewem płucu, rozmyślałem nad tem, komu teraz leczyć nas przyjdzie. Czyliż doktor Sorpreso w pojedynkę wyzwaniu temu podoła? Z drugiej strony, Pan Kanclerz zwykł mawiać, iż najpierwszem medykamentem zawżdy jest modlitwa. Trzeba więc będzie oczy ku Niebu wznosić... Cóż, primum non nocere – modlitwa z pewnością nie poszkodzi, jednak póki co, po laudanum co rychlej pośle


Wasz
Błazen Nadworny


 
 

Częstuję Was ciasteczkami (po nowemu cookies). Bez obaw, nie są zatrute! Zostając u mnie godzicie się je pałaszować, choć przecie zawżdy wydalić je możecie ze swych przeglądarek. Ja sam wolę dziczyznę i czerwone wino, wszakże wiedząc ile już u mnie ciasteczek zjedzono, łacno poznać mogę, ilu miałem gości.