Błazen Nadworny - Theatrum

Spisano dnia 10 stycznia A.D. 2016

Theatrum


     Staraniami imć pana Podkanclerzego Błotnickiego, któremu szerzenie kultury wśród prostego ludu zawżdy na sercu leżało, powstało w mieście naszym stołecznym Theatrum. Miały więc odtąd sztuki być grane nie na pałacowej scenie jeno, ku rozrywce Najjaśniejszego Pana oraz Dworu, ale również i w przybytku onym, ku uciesze pospolitej gawiedzi. I tak sprowadzono na początek trupę wędrowną, która wielce pouczający dramat przedstawić obiecała, a mianowicie o pewnym królewiczu duńskim i jego tragicznym losie.

     Odgadnąć nie trudno, że pan Podkanclerzy, jako inicjator owego przedsięwzięcia, bacznie przygotowaniom doń się przyglądał i wszelkie poczynania w tej mierze uważnie śledził. Gdy mu więc doniesiono, że wielce nieobyczajne w spektaklu mają znaleźć się elementa, w mig kazał wezwać do siebie człeka, który trupą ową kierował, a mówiono nań Wil.

     – Mości panie, jest li to prawdą, iż w sztuce twojej niewiasta pewna nie wiedzieć po co suknię do góry unosi, obnażone kolana tym samym wszem i wobec ukazując?

     – A skądże o tym wiecie, panie? – spytał Wil.

     – Moją rzeczą jest pytać, a twoją na pytania me odpowiadać – odparł pan Podkanclerzy – pytam więc ponownie, jest li to prawda?

     – Zaiste, występuje w dramacie tym postać jedna, niewiasta imieniem Ofelia, co pomieszania zmysłów doznawszy, cokolwiek osobliwie się zachowuje. Nie trwa to jednak długo, albowiem wkrótce w strumieniu się topi. A poza tym zgorszenia żadnego nie będzie, jako że rolę jej chłopiec młody odgrywa.

     – Chłopiec za niewiastę przebrany? – wykrzyknął pan Błotnicki – toż to dopiero zgorszenie! Nie masz miejsca w Theatrum naszym na takie perwersje!

     – Ale jakże nam sztukę tę zagrać? Wszak białogłowom na deski sceniczne wstępować nie przystoi!

     – A po cóż im wstępować? Niechże Ofelia Ofeliem się stanie i ambaras z głowy!

     – Lecz wtedy dzieło sens cały straci! – wykrzyknął Wil – Wszak książę do klasztoru iść jej każe i wtedy...

     – A to bardzo dobrze – przerwał mu Podkanclerzy – niech więc nasz Ofelio wstąpi do klasztoru i sens się odnajdzie. Na pewno pochwali tę rzecz Arcybiskup. No, rad jestem, że consensus znaleźć się udało.

     To rzekłszy poklepał Wila po ramieniu i odprowadził go ku drzwiom.

     Dnia następnego przyszło mu jednakowoż do głowy, że skoro już jeden mankament w sztuce wykryto, mogą też być i kolejne, a to oznacza, iż jej wystawienie większym nadzorem winno być objęte. Chciał nawet nadzór ów sekretarzowi swemu zlecić, lecz po krótkim namyśle do przekonania przyszedł, iż ten w dramatach nieobeznanym być może, rzecz cała zaś, jako publiczny mająca charakter, wagi wielkiej być się zdaje. Tak więc udał się pan Podkanclerzy we własnej osobie do Theatrum i akurat gdy na widowni usiadł, akt trzeci właśnie próbowano, a w nim scenę, w której to zatrudnił młody książę aktorów, iżby na na dworze duńskim sztukę pewną odegrali, zaś wszystko to w sztuce właściwej się działo. A gdy już próba końca dobiegła, zawezwał pan Błotnicki do siebie Wila i objaśnień odeń zażądał.

     – Jakże to? – spytał – Wszak w sztuce twej aktorzy grają, prawda?

     – Nie inaczej, panie – odrzekł Wil.

     – Ale też aktorzy na scenie występują, znaczy postaciami są twej sztuki?

     – Nader trafnie ujęliście to, panie.

     – Któż zatem aktorów role odgrywa?

     – Aktorzy wszak! Któżby inny przecie? – odparł Wil.

     – Jak więc to być może? – dociekał dalej Podkanclerzy – samych siebie grają? Toż to żaden teatr! Każden człek rolę własną w swym życiu odgrywa i kunszt mu aktorski po temu zbyteczny!

     – Pozwólcie zatem panie, iż rzecz tak objaśnię – rzekł Wil – aktorzy aktorów grając nie grają sami siebie, lecz, by tak to ująć, inszych całkiem aktorów.

     – A po cóż czynić takie zamieszanie? Po cóż jeden aktor drugiego ma grać, a znów ten drugi pierwszego? Toż to już całkiem niemądre! Jeśli nawet aktorzy aktorów grać mają, niech każdy gra siebie, boć przecież najlepiej to chyba uczyni. Chociaż z drugiej strony, jako się rzekło, co w tym ciekawego, skoro kto siebie samego odgrywa? Nie gra wtedy przecie, lecz sobą jest po prostu, a za to gaży żądać jakoś nie przystoi. Wykreśl waćpan tę scenę, bo żadnego z niej pożytku nie będzie i jeno publice wszystko w głowach zamąci. Wykreśl, powiadam, a sztuka twa jaśniejszą, a przez to i doskonalszą się stanie.

     To rzekłszy udał się pan Błotnicki na powrót do zamku, by sprawami wagi państwowej się zająć, wielce z siebie ukontentowan, iż jedną prostą poradą przedstawienie poprawił – z całej owej sceny bowiem ledwie pomysł z trucizną do ucha wlaną wielce ciekawym mu się wydał i rozmyślał o nim jeszcze aże do wieczora. Następnego zaś dnia znów do Theatrum na kontrolę przybył i akurat na tę scenę trafił, w której to książę matce swojej gorzką czyni reprymendę, nader ciężkie przewiny jej zarzucając. Wyraża się też wielce niepochlebnie o stryju swoim, królu, zwąc go łotrem, oszustem podłym i oskarżając o kradzież korony. Gdy odegrano scenę do końca, wezwał do siebie pan Podkanclerzy Wila i zwrócił się doń mówiąc:

     – Nie uważasz, że nazbyt ciężkie padają tu słowa, tem bardziej, iż w sam majestat monarszy godzą?

     – Aby zrozumieć ich naturę, panie – odparł Wil – trzeba w treść sztuki nieco bardziej się zagłębić. Rzecz bowiem w tym, iż król, o którym mowa, wcześniej był brata swego podstępnie żywota pozbawił, a tron mu sposobem onym odebrawszy, małżonkę jego i matkę młodego księcia zarazem, za swoją żonę bezwstydnie pojął. Tłumaczy to w pełni, jak mniemam, ów gniew książęcy, co ze szlachetnych pobudek...

     – Nie o tłumaczenie tu chodzi, mój drogi – przerwał mu pan Błotnicki – lecz o to, iż skoro królem z wyroku Opatrzności, a i woli ludu swego został, ponad prawami tego świata stoi, a zatem zarzutów nijakich czynić mu nie można. Pomyśl tylko, co też by się stało, jeśliby tak panujących oskarżać poczęto i jeszcze po sądach ciągać, nie daj Boże! Porządek świata na tym się zasadza, że zwierzchność ich nad prawem i trybunałami w wątpliwość poddaną być nie może!

     – Zaiste, trudno będzie tekst ten zmienić, panie – rzekł Wil, zaś na twarzy jego malowało się wielkie strapienie.

     – A w czymże kłopot? – obruszył się Podkanclerzy – Wcale go zmieniać nie trzeba! Królową zastąp pierwszą lepszą dziewką i niech jej książę cudzołóstwo do woli zarzuca, zaś pozostałe obelgi, miast króla, tyczyć się winny jego przeciwników, niegodziwców najpodlejszego sortu, co to we krwi zdradę od pokoleń mają. No, nie trać czasu, wszak jutro premiera! Zajrzę tu jeszcze przedtem, około południa, by się przekonać, jako ci z tym poszło.

     Nazajutrz jednak, zaraz wczesnym rankiem, zjawił się u pana Podkanclerzego niejaki Kogutowicz, totumfacki jego, z taką  wiadomością, że oto Theatrum puste stoi, zaś trupa aktorska najwyraźniej spakowała przez noc manatki i tyle ją widziano.

     – Cały ambaras w tym – ciągnął Kogutowicz srodze zatroskany – że lud cieszył się już wielce na to widowisko i teraz zawiedzionym okrutnie poczuć się może, a z tego zapewne nic dobrego nie wyniknie...

     – No to trzeba dostarczyć gawiedzi jakiej uciechy – odparł pan Błotnicki nie tracąc rezonu – wynajdźże jakich zdrajców, najlepiej ze trzech i niech ich obwieszą publicznie na rynku. Trzeba to zaraz ogłosić na mieście. I najlepiej za wstęp na egzekucję niech biorą po dwanaście groszy...

     Cóż, trochę mi żal było, iż nie ujrzałem naonczas przedstawienia tego, lecz kto wie, może jeszcze nadarzy się kiedy okazja? Ars longa, vita brevis – mawiali starożytni – życie się kończy, lecz sztuka pozostaje. Podobnie kończą się też rządy tych, którym sztuka zanadto uwiera – z takiego to, czy innego powodu. A przekonanym jest o tym głęboko


Wasz
Błazen Nadworny


 
 

Częstuję Was ciasteczkami (po nowemu cookies). Bez obaw, nie są zatrute! Zostając u mnie godzicie się je pałaszować, choć przecie zawżdy wydalić je możecie ze swych przeglądarek. Ja sam wolę dziczyznę i czerwone wino, wszakże wiedząc ile już u mnie ciasteczek zjedzono, łacno poznać mogę, ilu miałem gości.