Błazen Nadworny - Rękopis znaleziony w Szarogęsi

Spisano dnia 10 kwietnia A.D. 2016

Rękopis znaleziony w Szarogęsi


     Jeśli kto bojaźliwy, niech lepiej nie czyta, a już na pewno niech nie czyta przed nocą tej opowieści o czarach, siłach nieczystych i o egzorcyzmach. A było to tak, że bawiąc przed laty na zamku w Szarogęsi, u hrabiego Strumykowskiego herbu Zjawa, odnalazłem w tamtejszej bibliotece rękopis pewien, arcyciekawy, spisany ręką młodego szlachcica, któren to prostym, żołnierskim językiem tak opowiada o swej niezwykłej przygodzie:

     Wioząc listy z rozkazami wielkiej wagi jechałem ongi konno przez górzystą okolicę, a zbliżała się już noc i słońce dawno skryło się za skaliste szczyty, zaś drogę mą poczęła spowijać gęstniejąca, wieczorna mgła. Będąc strudzonym wielce wypatrywałem domostw jakich lub choć szałasu pasterskiego, w którym mógłbym na spoczynek się udać, lecz jedyne, co mój wzrok przykuło, to majacząca na szczycie wzgórza szubienica, na niej zasię dwóch w łachmany odzianych wisielców. Minąwszy ich ze wstrętem, dopiero po jakiej godzinie, w całkowitem już mroku dostrzegłem wątłe światełka, a wraz z niemi ukazała się oczom mym gospoda, dość podupadła, jak się zdawało, o wielce osobliwej nazwie Won ty ciamajdo, wypalonej w desce, którą na dwóch przerdzewiałych łańcuchach zawieszono u wrót. Uznawszy, iż nie do mnie przecie skierowane są te obraźliwe słowa, zsiadłem z konia i uwiązawszy go wszedłem w progi karczmy. Uwagę mą zwrócił przy tem pies czarny na podworcu, ogromny zaiste, a ślepia jego w bladej poświacie młodego księżyca zdały się jarzyć rubinowym blaskiem. Jako żem jednak nie jest lękliwy z natury, nie przejąłem się zbytnio owym ponurym zjawiskiem.

     – Witajcie, mości panie oficyjerze – pozdrowił mnie karczmarz wielce słusznego wzrostu – zapewne pragniecie posilić się przed snem, zaraz przyniosę wam udziec jagnięcy prosto z rożna, chleb i dzban wina. Tymczasem zasiądźcie łaskawie do stołu, zaś te oto dwie damy, bawiące u nas przejazdem, z chęcią zabawią was pewno miłą pogawędką.

     Zaiste, dopiero teraz ujrzałem przy ławie, w kącie izby, dwie młode niewiasty nieziemskiej urody, odziane po mauretańsku, w zwiewne muślinowe szaty, spięte szmaragdami. Ich lica śniade zdobiły pukle kruczoczarnych włosów, spływających kaskadą na nagie ramiona, brwi i oczy niczym obsydian pogrążony w mroku, zaś wargi w kolorze owocu granatu.

     – Mesdames, panie pozwolą, że się przedstawię. Porucznik Aleksander Słowiański do usług – zasalutowałem, zaś obydwie panny uśmiechnęły się czarująco i wypowiedziały swe dźwięczne imiona, których jednakoż dziwnem trafem ani mi się udało spamiętać.

     – Usiądź proszę z nami, przystojny oficyjerze. Napij się tego, jakże szlachetnego wina – rzekła jedna z nich podając mi kielich wysadzany rubinem, podczas gdy druga szepnęła wprost do mego ucha – Czekałyśmy na ciebie. Udaj się wraz z nami do naszej łożnicy, zakosztuj pieszczot naszych, a zaznasz rozkoszy, o jakiej nie śniłeś...

     Łyknąłem wina i przez jedno mgnienie zdało mi się, że na srebrnym pucharze dostrzegam rzeźbioną trupią czaszkę inkrustowaną rubinem w oczodołach, lecz oto mgła spowiła me myśli i nie wiedzieć jakiem tajemnem sposobem, znalazłem się oto w łożu ogromnem, pod baldachimem z brokatu, w ramionach obu dziewcząt, które dopiero co towarzyszyły mi przy stole. Nie pomnę jednak nic więcej, zaś zbudził mnie świt szary, tudzież chłód poranka, ja zaś leżałem na ubitej ziemi, pod szubienicą na wzgórzu, zaś obok mnie walały się dwa trupy, każden ze sznurem u przegniłej szyi.

     Zerwawszy się na równe nogi dosiadłem co rychlej konia i puściwszy się w galop, dzień cały gnałem jak szalony, by pod wieczór bez tchu już całkiem trafić znów do tej samej, co wczora gospody, o przedziwnej nazwie Won ty ciamajdo. Wszedłem nader ostrożnie do środka, lecz nie dojrzałem nigdzie kobiet onych, z piekła rodem chyba, ani też karczmarza, lecz jeno człeka, co zamiatał izbę. Gdym mu oznajmił o całem zdarzeniu, ten jeno głową pokiwał i rzekł:

     – Trafiłeś panie w objęcia braci Żółtko, bandytów, co w tych oto stronach mordowali podróżnych rabując ich złoto. Czarcia to sprawka, będzie rok, jak ich obwieszono.

     – Jakże to?! Rok temu? Wszak świeże trupy widziałem dopiero! A owe damy, którym zwieść się dałem?! Kim były? – zakrzyknąłem.

     On zaś tedy taką mi opowiedział historię:

     Pamiętam, jakom przed laty, młokosem jeszcze będąc, przywędrował za chlebem w to miejsce. Stał tu nieopodal zamek warowny, dziś wszystek w ruinie, w niem zaś mieszkał kasztelan, co władał całą okolicą. I zdarzyło się, że przejeżdżał wąwozem tym sam król, a gdy zmrok zapadł i mgła jęła się płożyć, woźnica drogę zmylił i na skraj przepaści pognał konie. I zginął król i cała świta jego, zaś co poniektórzy winić zaczęli o to kasztelana.

     – To on czarami swemi mgłę oną przywołał, by zgubić Miłościwie Nam Panującego, świeć Panie nad jego duszą – mawiał brat królewski, zaś wtórowali mu przy tem kanclerz i marszałek.

     I choć nie mogli dowieść swoich racji, to przecie kazali, aby raz na miesiąc, o pełni księżyca lud prosty procesją schodził się pod zamek i aby każden pochodnię dzierżył w dłoni, a wszystko to być miało na znak miłości do zmarłego króla i bardziej jeszcze, na znak nienawiści ku kasztelanowi. Wezwali też mnichów, by czynili modły w intencji sprawiedliwej dlań kary na tym i na tamtym świecie, atoli, że wciąż nie dość im było, więc aby dobrą odmianę dopełnić, zakonnik pewien, co zwał się Wielgaśny  choć w rzeczy samej lichej był postury  przegnać obiecał z zamku jego pana, jako się diabła z dusz ludzkich wypędza. Stanął więc człek ów ze święconą wodą śród blasku pochodni i rzekł:

     – Ego te exorciso, spiritus immunde...

     Tu jednak głos mu uwiązł w gardle i miast dokończyć: in nomine Patris et Filii et Spiritus Sancti, amen, wydał jedynie dźwięk dziwnie chrapliwy, zasię znak krzyża przy tem chcąc uczynić dłonią, nie dość okazał się wprawny w swym rzemiośle, może nie dość pościł, nie dość się modlił i nie dość czyste miał może intencje. Nieposłuszna ręka, jakby kto inny nią nagle owładnął, poprzeczkę krzyża skreśliła u dołu, rysując oto straszny znak szatana. Tem to właśnie gestem przywołał złe duchy, miast je precz wygnać i zło sprowadził na całą krainę, którą od tej pory władają demony...

     – Skończ już głupcze! – rzekł to karczmarz, który nie wiedzieć skąd zjawił się w izbie – wybaczcie panie, lecz parobkowi memu, imieniem Pasieka, rozum się całkiem poplątał odkąd się oko w oko spotkał z braćmi Żółtko. W imię tego, któremu służę, rozkazuję ci milczeć, Pasieko! Wy zaś panie, na dobrą odmianę zasiądźcie proszę do stołu, gdzie oto czekają już na was dwie piękne księżniczki...

     W tem to miejscu urywa się rękopis z Szarogęsi. Sami przyznacie, iż dziwnem jest on wielce i niesamowitem. Najbardziej zasię osobliwem się zdaje egzorcyzm ów, co dobre w złe zmienił i miast odegnać, sprowadził szatana, któren następnie w tak piękną przyoblekł się formę. Szatan jednakoż kłamliwem jest duchem z natury, jako uczona głosi teologia, więc i nie dziwota, że stało się tak, jak się stało. I to już wszystko, a jeśli kto z Was opowieścią tą przeraził się srodze, o wybaczenie pokornie go prosi

 

Wasz
Błazen Nadworny


 
 

Częstuję Was ciasteczkami (po nowemu cookies). Bez obaw, nie są zatrute! Zostając u mnie godzicie się je pałaszować, choć przecie zawżdy wydalić je możecie ze swych przeglądarek. Ja sam wolę dziczyznę i czerwone wino, wszakże wiedząc ile już u mnie ciasteczek zjedzono, łacno poznać mogę, ilu miałem gości.