Błazen Nadworny - Dyplomatyka i łowy

Spisano dnia 6 marca A.D. 2016

Dyplomatyka i łowy


     Pan Łowczy Wielki Koronny w czas polowań zaiste niezwykłą wykazywał się determinacją. Gdy już bowiem delikwenta jakiego obrał, to tak misterne zastawiał nań sidła i wnyki, tak go zmyślnie naganiać kazał, aż ten, w którem kierunku kroku by nie uczynił, wpadał w końcu w pułapkę – ku wielkiej radości swojego oprawcy, rzecz jasna. Upatrzył sobie zresztą szczególnie pan Łowczy medyków wszelkiej maści i tropił ich z wielkiem upodobaniem, by w końcu tego lub owego przydybawszy, tryumfalnie oznajmiać, iż nieszczęśnik ów nikogo już więcej życia nie pozbawi. Nie gardził atoli takoż sędziami, jako że w młodości sam pono studiów prawniczych próbował, chocia z lichem skutkiem i teraz ku tym, co większe niźli on uczynili postępy, przemożną żywił awersję. A trzeba Wam wiedzieć, iż osaczanie sędziów do łatwych nie należy rzeczy, wielkiego wymaga sprytu, wielkiej przebiegłości, albowiem jeden z drugim już zda się ujęty, a tu w ostatniej chwili sposobem jakiem myśliwym się wymyka. 

     Pan Łowczy lubił takoż przemowy wygłaszać na różnych polowania stadiach i tak na ten przykład, gdy jeno nagonkę odtrąbiono, stawał na środku polany i wielce zafrasowanem głosem nad zezwierzęceniem zwierzyny długo się użalał, szczerze jej z tej przyczyny współczując, ale też wszem i wobec objaśniając, czemu to w świetle zaistniałych faktów co rychlej upolowaną być musi. Na sam koniec zaś wiktorię ogłaszał nader uroczyście, o order jaki się przy tem przymawiając.

     Miał jednak pan Łowczy inszą jeszcze rozrywkę, a dzielił ją z Podkanclerzym i nawet z samym panem Kanclerzem Igielskim po trochu. Wszyscy trzej lubowali się bowiem w pisaniu wielce nieuprzejmych listów do władców państw ościennych, a nawet i jeszcze dalszych, co mogłoby się i skończyć, nie daj Bóg, wojną jaką, gdyby nie to, iż ani listów onych, ani ich autorów nikt tam na poważnie nie brał.

     Jako zapewne jest Wam wiadomo, jeszcze na jesieni przeszłego roku zaszportnął się był Najjaśniejszy Pan o szatę swoją złotem przetykaną, kiedy to nader śpiesznie stąpał wzwyż po pałacowych schodach i upadł tak niefortunnie, że uderzywszy się głową o poręcz z mosiądzu, dwie niedziele w gorączce przeleżał, a i zmysłów pomieszania lekkiego od owego upadku doświadczył. Gdy wieść o tem po świecie się rozeszła, napisało doń kilku monarchów listy, w wielkiem zatroskaniu o zdrowie pytając i rychłego doń powrotu życząc. Listy te jednakowoż dziwnem trafem niemałą podejrzliwość na Dworze naszem obudziły.

     Jako pierwszy, imieniem Miłościwie Nam Panującego, odpisał więc na jeden z nich właśnie pan Łowczy. Najpierw w krótkich słowach za troskę dziękował, nie omieszkując jednak zauważyć, iż trudno jest dociec, z jakichże pobudek też ona wynika, skoro kondycja członków poprzedniej dynastii nigdy takowem nie cieszyła się zainteresowaniem. Zwracał ponadto uwagę, że Najjaśniejszy Pan, nawet jeśli komu cokolwiek chorym się zdaje, to i tak przecie w najlepszem jest zdrowiu, w szczególności zaś w lepszem niż ten, kto o zdrowie pyta. A skoro takie pytania zadaje, znak to widomy, iż sam ze swą głową musi mieć kłopoty.

     Drugi list wysłał pan Podkanclerzy do inszego władcy, a w nim przede wszystkiem gorliwie zaprzeczył, jakoby na Dworze naszem jakikolwiek wypadek się przydarzył. Niecnem łgarstwem nazywał historię z mosiężną poręczą, argumentując wielce trafnie, że wszystkie u nas poręcze nie z mosiądzu są uczynione, jeno z alabastru, zaś co do plotki o schodach, to funta kłaków nie jest ona warta, boć w pałacu zwyczajnie żadnych nie ma schodów, a co najwyżej stopnie z marmuru, w jedną całość ze sobą spojone. Ergo, pytanie o zdrowie, choć z politycznych pobudek zadane, wielce niepolitycznem jest swojej istocie i całkiem nie na miejscu, zasię autor jego swojemi sprawami zająć się winien, miast w cudze nos wściubiać.

     Wreszcie trzecią odpowiedź posłał sam pan Kanclerz – do monarchy z zamorskiej krainy. Z wielką troską odnosił się w niej do faktu, iż autora listu tak niecnie w błąd wprowadzono, jednakowoż przytyk zarazem mu czynił, że nadzwyczaj małą wiedzę o stanie rzeczy posiadając, zdrowiem Najjaśniejszego Pana śmie się niepokoić. Zaprosił też go co rychlej do kraju naszego, gdzie wszak naocznie mógłby się przekonać tak o przewybornej kondycji Jego Królewskiej Mości, jak i o swej własnej, pożałowania godnej ignorancji.

     Cały Dwór oklaskiwał potem panów Kanclerza, Łowczego i Podkanclerzego, że w tak ciętych ripostach, z błyskotliwością godną największego mędrca, odpór dali próbom w wewnętrzne sprawy nasze ingerencji, a przy tem dobre imię obronili, takoż Majestatu, jak całej ojczyzny.

     Dziwnem trafem jednakże nikt się wczas nie spostrzegł, iż wcale inne ościenne mocarstwo, niezbyt przychylnem okiem na nas spoglądając, przygotowania całkiem jawne czyni, ni mniej, ni więcej, jeno do otwartej wojny. Gdy więc to ostatecznie dostrzeżono, blady strach padł na Kanclerza, a padłby może i na Króla Jegomości, gdyby nie to, iż akurat grze w tryktraka się oddawał. Wracając jednakoż do rzeczy, zawezwał pan Igielski swoich kompanów od pisania listów i ozwał się do nich w te słowa:

     – Mości panowie, zważywszy na rozwój spraw wielce niepomyślny, koniecznem się zdaje, by ktoś z nas do krainy zamorskiej się udał i tam niezbędne starania o pomoc poczynił, albowiem jeśli takowa nie zostanie nam przyobiecana, krucho być może z państwem naszem. Ja sam we własnej osobie z chęcią bym się tam udał, lecz przecie dwie są rzeczy, które mnie od podróży onej powstrzymują. Primo więc, choć obcych języków znam wiele, to jednak we zwyczaju mem jest, od używania ich się powstrzymywać, co w pewnem stopniu konwersację swobodną utrudnia. Zwyczaju zasię zmieniać nie widzę powodu. Secundo, gdyby złem jakiem losu zrządzeniem, pomocy mi zdradziecko odmówiono, wielki z tego mógłby być ambaras w kraju naszem, a tego jak ognia unikać należy... Zatem któż z waszmościów?

     – Mości Kanclerzu – odparł na to Łowczy – męstwo moje wszem i wobec jest znane. Ani się zlęknę każąc sforę psów w czas polowania ze smyczy spuścić, ani zadrży strachliwie ma ręka, kiedy to zwierzynę w sidła pochwyconą celnem strzałem z rusznicy sam jeden dobijam. Do krainy owej się udać, w paszczę lwa, by tak rzec, skoczyć, takoż mi nie straszno, jednakże paszcza owa nader smrodliwą się zdaje, a nozdrza me do fetoru nijak nie nawykły. Nie z obawy odmawiam więc, lecz z całkiem odmiennych pobudek...

     – Ergo – rzekł pan Igielski do Podkanclerzgo – musisz acan jechać.

     – Azaliż...? Zaiste? Przecie... Wszak się nie wzdragam, lecz jednak... Jakoby... – jąkał się Podkanclerzy – Atoli takiem to przecie sposobem, czem innem list napisać, a czem innem oko w oko...

     – Rzecz postanowiona – uciął pan Kanclerz – pakuj waść manatki i spraw się aby dobrze.

     I pojechał pan Podkanclerzy na pewną, zdawać by się mogło, zgubę, lecz losu złego uniknął. Fortuna go nie opuściła i w niedziel parę do kraju szczęśliwie powrócił. Strach, jak się okazuje, miewa wielkie oczy – do lochu nikt go tam przecie nie wtrącił, choć i na audiencję też go nie wpuszczono. W pałacowych krużgankach zdołał był jednak zamienić krótko słów parę z pierwszem ministrem, który to wcale przyjaźnie klepnął go w ramię, o zdrowie Króla naszego zapytał, szatę skrócić zalecił, by się nie plątała, zaś co do wojny, szczerą wyraził nadzieję, iż do takowej ani rusz nie dojdzie, a gdyby dojść już miało, pełne moralne wsparcie przyobiecał, jako i modlitwę w intencji naszego zwycięstwa.

     Tryumf pana Podkanclerzego był zatem niemały, lecz jako człek z natury rzeczy pracowity, wziął się on zaraz za pisanie kolejnego listu – tem to razem do cesarza, ze skargą gorzką na swych oponentów, co to mu pono w niegodziwości swojej potajemnie dokument wagi wielkiej wykradli i na rynku głosem donośnem odczytali. A potem jeszcze jeden list skreślił, tem to razem z powodu owej kradzieży gorzkie cesarzowi czyniąc wymówki. Odpowiedź nie nadeszła żadna, lecz nic to, wszystko i tak przyćmiły rozliczne sukcesy, któremi raduje się teraz Dwór cały, a wraz z nim, aże mu dzwonki dzwonią u błazeńskiej czapki


Wasz
Błazen Nadworny


 
 

Częstuję Was ciasteczkami (po nowemu cookies). Bez obaw, nie są zatrute! Zostając u mnie godzicie się je pałaszować, choć przecie zawżdy wydalić je możecie ze swych przeglądarek. Ja sam wolę dziczyznę i czerwone wino, wszakże wiedząc ile już u mnie ciasteczek zjedzono, łacno poznać mogę, ilu miałem gości.