
Anty–Utopia
A zatem nalazłem się w Norymberdze, prawie jak naonczas, przed dwoma laty... Choć nie! Przecie wtedy, poturbowanego, leżącego bez ducha na gościńcu, napotkał mnie poćciwy pan Pogner, zaczem w dom swój miłosiernie zabrał, wyleczył, nakarmił, przyodział i gościny udzielił, prawdziwie po chrześcijańsku. Dobry Boże! To już dwa lata, jak owi moskiewscy szpiedzy wywieźli mnie z Paryża! Rzec można, iż spotkało moją osobę podwójne szczęście, bo raz, że kareta wywróciła się na drodze, uwalniając mnie spod ich troskliwej opieki, dwa, żem jako jedyny z przypadku tego z życiem uszedł. Zaś rodzina Pognerów... – no cóż, stanąwszy w Norymberdze, pierwsze, com uczynił, to udałem się na rynek, do owej narożnej kamienicy przy Tuchgasse, by ich co rychlej odwiedzić. Niestety, zastałem drzwi zamknięte na głucho, gdyż – jak objaśnił mi stróż – z początkiem kanikuły wyjechali na wieś. Nie dziwota, albowiem skwar dokuczał okrutnie i to od wielu już tygodni, więc kto jeno mógł, uchodził od nagrzanych niczem chlebowy piec miejskich murów.
Ale przecie nie o Pognerach chciałem, ani też nie o upale, jeno o mej podróży dyliżansem pocztowem z Drezna, a właściwie o podróży tej towarzyszu.
– Georg Wilhelm Friedrich Hegel, sehr angenehm – zaprezentował się zaraz na wstępie.
Był mężczyzną postawnem, w sile wieku, o twarzy pociągłej, z lekka kościstej, na której malował się wyraz skupienia. Charakterystyczny, długi nos i dobrotliwe, błękitne oczy jakoś nie za bardzo chciały ze sobą współgrać.
– Błazen Nadworny, do usług – skłoniłem się – waszmość też do Norymbergi?
– W rzeczy samej. Wracam do domu. W Dreźnie odwiedzałem rodzinę. Jestem dyrektorem gimnazjum w Norymberdze.
– Ach, pojmuję! Wolno spytać, jaka jest pańska specjalność, Herr Hegel?
– Aber selbstverständlich. Królowa nauk, by tak rzec, filozofia. Wykładałem przez jakiś czas na uniwersytecie w Jenie, jednakoż z Privatdozentur trudno się utrzymać, a widoków na katedrę nie było. Z kolei posada dyrektora gimnazjum... Sam pan rozumie, Herr Hoffnarr.
– Bezsprzecznie, stabilizacja.
– Otóż to.
Podróż nie dłużyła mi się ani trochę, jako że rozmowa zeszła na arcyciekawe tematy. Spoglądając od czasu do czasu przez okno, za którem przesuwały się z wolna łagodne, lesiste stoki Rudaw, słuchałem z uwagą, jak pan Hegel poddawał druzgocącej krytyce poglądy zmarłego przed paroma laty Immanuela Kanta. Rozprawiwszy się z niemi w końcu raz na zawsze i to nad wyraz bezlitośnie, wyłożył mi następnie pokrótce swoją koncepcję fenomenologii ducha, wiele miejsca poświęcając przy tem dialektycznej metodzie Platona i jej implikacjom.
– Istotą ewolucji ducha jest nieustanne ścieranie się sprzeczności – objaśniał, gdy akurat przejeżdżaliśmy przez Chemnitz – i w tem to procesie wznosi się owa ewolucja na coraz to wyższe stadia. Teza i antyteza łączą się pospołu w syntezę, prowadząc do prawdy absolutnej, która atoli nie jest jeno wynikiem czczego poznania, lecz jak najbardziej realną rzeczywistością.
W Zwickau, gdzie nasz dyliżans miał dłuższy postój, udaliśmy się do gospody, by co nieco przekąsić oraz wypić dla ochłody po kuflu zimnego piwa. Jakoś tak się zdarzyło, że przy posiłku – a składał się on ze smażonej kiełbasy, kwaśniej kapusty i sałatki kartoflanej – rozmowa nasza zeszła na Rzeczpospolitą Platona.
– A zatem – rzekłem podochocony już nieco złocistem trunkiem – antytezą dla utopijnej wizji dobrych i mądrych rządów filozofów byłoby nie co inne, jeno rządy głupców. Lecz przecie to żadna nowość! I żadna anty–utopia!
– W rzeczy samej! – roześmiał się mój towarzysz podróży odstawiając szklanicę – biedny Tomasz Morus szczęśliwie nie przewróci się w grobie! Chocia być i tak może, iż europejskie królestwa i księstwa są już właśnie gotową syntezą mądrości i głupoty, no cóż... z większą na ogół domieszką tej ostatniej. Imaginuj sobie atoli waszmość takie oto państwo, w którem głupota panuje do tego stopnia niepodzielnie, iż wszytko odbywa się tam na opak, całkowicie przecząc zdrowemu rozsądkowi. Opozycja na ten przykład w powszechnem mniemaniu mieszkańców sprawowuje władzę, choć przecie w istocie nie ma nic do powiedzenia, rząd zasię miast rządzić, zajmuje się głównie krytykowaniem opozycji i obwinia ją nieustannie o własne porażki.
– Niebywałe! – zakrzyknąłem – I cóż jeszcze?!
– Idźmy zatem dalej. Otóż kradzież publicznego grosza jest tam cnotą, więc każden urzędnik, którego na niej przydybią, miast w mig stracić posadę i trafić do kozy, otrzymuje awans.
– A to ci psota! Może więc takoż i policja broni tam przestępców, zaś ściga ofiary?
– A czemuż by nie? Sędziowie miast sądzić, sami sądzeni są przez władzę, wyroki zaś ogłasza się nie na koniec, lecz u początku procesu.
– Zadaniem lekarzy byłoby naonczas nie leczyć, jeno szkodzić pacjentom, zadaniem nauczycieli – nie uczyć dziatwę, jeno ją ogłupiać...
Zaczęliśmy prześcigać się w pomysłach na przeciwieństwo platońskiej wizji:
– Wroga szukano by pośród sprzymierzeńców – ciągnął dalej pan Hegel – za to sprzymierzano by się z wrogami. Armię rozbrajano by, miast ją zbroić...
– Niewiasty poniżano by, miast je adorować...
– W gazetach nie wypisywano by nic, co nie byłoby wierutnem kłamstwem...
– Mości panowie! Odjeżdżamy! – dał się słyszeć donośny głos woźnicy, więc co prędzej wstaliśmy ode stoła.
– Masz waszmość rację, Herr Hegel, dopiero takie państwo byłoby czystą anty–utopią. Ono żadną miarą nie mogłoby istnieć – podsumował stojąc już na stopniach dyliżansu