
La Bastille
Niepokojące wieści doszły nas ostatniemi czasy z Paryża, rzec by nawet można, arcyniepokojące. Ale po kolei. W sobotni wieczór, jak zawsze, urządziliśmy sobie wraz z Panem Śpiżarnem i Panem Piwnicznem skromną ucztę. Miały się też do nas przyłączyć trzy dwórki, młodziutkie i wcale nadobne, lecz dla jakiejś przyczyny wybrały, koniec końców, insze towarzystwo. Niestety... Siedzieliśmy zatem sami, krzepiąc się kapłonami i półgęskami oraz pocieszając przedniem burgundem, którego dzban postawił na stole Pan Piwniczny.
– Zaiste grzeczne wino – rzekł Pan Śpiżarny pociągając łyk z kielicha – bukiet wykwintny, barwa rubinu... Chwała Francuzowi za taki trunek!
– W rzeczy samej – odparł Pan Piwniczny – pijmy, bo kto wie, jak długo jeszcze przyjdzie nam się cieszyć owemi beczkami zwożonemi znad Saony.
– A skądże u waszeci takie ponure myśli? – spytałem – Czyliż nam śpieszno na tamten świat?
– Nie żeby śpieszno, jednakoż frasuję się o to wino i o całą Burgundię... Ba, o całą Francję! – westchnął.
– A cóż jej grozi? – zdziwił się Pan Śpiżarny.
– Owóż, widzicie waszmościowie – zaczął Pan Piwniczny – mam kuzynkę w Paryżu, daleką po prawdzie, za Hrabiego de Montparnasse. I nie dalej jak wczora nadszedł list, w którem pisze mi moja biedna Bette, iż coraz bardziej lęka się żyć w owem mieście.
– Być nie może! – zakrzyknąłem zdumiony – A to czemu?
– Albowiem lud coraz więcej przeciwia się swemu królowi, któren, przyznać trzeba, żył w przepychu, cokolwiek rozrzutnie, urzędy zaś rozdawał ludziom małem, podłem i chciwem, a przy tem niewiele znającem się na sprawach państwa.
– Wielkie mi co! – mruknął Pan Śpiżarny sięgając po kawałek chleba – Ale mów acan dalej, bom ciekaw wielce.
– Zacząłem ab ovo, iżby rzecz całą waszmościom dokładnie wyłożyć, jako i mnie ją kuzynka moja w swojem długiem liście opisała. A zatem, iżby móc dawać jednem, trzeba zawżdy innem zabierać, więc by napełnić skarb, poczęto szukać pieniędzy w podatkach, co, jak jest wiadomem, mało komu się podoba.
– Prawda – skinęliśmy obadwaj głowami.
– Lud zażądał od króla zwołania Stanów Generalnych, co tenże uczynił nie dalej jak w maju. Rzecz zda się niezbyt groźna, bo skoro pierwszem stanem szlachta jest, drugiem kler, a trzeciem mieszczaństwo i włościanie razem wzięci i skoro każden z nich jeden głos ma w swojej dyspozycji, to niby cóż złego mogłoby się zdarzyć?
– Szlachta i księża idąc ręka w rękę – rzekłem popijając wina – zawżdy uchwalą, co zechcą.
– Słusznie waść prawisz, jednakoż stan trzeci począł się domagać, iżby obrady wspólnemi uczynić i głosować wespół, zwąc ów obyczaj demokracją...
– Toż to jawna przemoc! – obruszył się Pan Śpiżarny – Czyliż nie na tem polega demokracja, iż partia szlachecka lepiej od ciemnego ludu zna, co dlań dobre? Czyż to nie panowie właśnie o lud nieustannie się troszczą? Nie to zawżdy czynią, co czynić obiecali?
– Nie inaczej. Lecz słuchajcie waszmościowie dalej. Oto przed miesiącem król w słusznem gniewie kazał zaryglować dźwierza sali obrad, by raz na zawsze kres położyć buntowi.
– I tak się stało? – spytałem.
– Ani trochę! Zebrali się w sali do gry w piłkę!
– No! Danoż by im u nas do wiwatu skoro by Infant nie mógł do woli grających oglądać! – rzekł Pan Śpiżarny – I co było potem?
– Pisze mi kuzynka... zresztą, posłuchajcie sami – tu dobył z połów kontusza kilka kart papieru w kolorze różu i chwilę szukając wzrokiem właściwego miejsca, począł czytać:
Alors, mon cher cousin, wystaw sobie, iż oto poczęli domagać się konstytucji! W pałacu okrzyknięto ich za to zdrajcami, łotrami, hołotą, Król wezwał wojsko, lecz mało kto się stawił, ulica wrze, a teraz, gdy kreślę te słowa, przez okno słychać strzały! Służba gdzieś się rozpierzchła, lud woła: Wolność, równość, demokracja! Na murach piszą o braterstwie, Majestatowi grożą sądem... Terrible! J'ai si peur, ja tak się boję... Właśnie mi doniesiono, że zdobyto twierdzę la Bastille w środku miasta i poczęto ją burzyć, uwolniono przestępców... C'est la revolution, mon cher cousin! Co teraz będzie?
Milczeliśmy chwilę nie bardzo wiedząc, cóż rzec na takie dictum. W końcu ozwał się Pan Śpiżarny:
– Może być, reszta Francji miłuje Ludwika, kto wie? Ale cóż po tem, skoro Francja siedzi po domach, a lud Paryża wyszedł na ulice?
– A jak już zrobi swoje, Francja się doń przyłączy w milczeniu, taka kolej rzeczy – rzekł Pan Piwniczny z rezygnacją w głosie.
W nienajlepszych humorach wysączyliśmy do dna dzban owego burgunda, a gdym chwiejnem krokiem wracał już do swej komnaty, kłębiły się w mojej głowie najróżniejsze myśli. Książę Regent wszak takoż cieszy się miłością po zaściankach, atoli tu na miejscu... Gdy ścinać każe sędziów, kiedy powiada o kanaliach, o zdradzieckich gębach...? Gdybyż więc tak lud naszej stolicy... Strach pomyśleć! Czyli i ten zamek zrównano by naonczas z ziemią, jak ową Bastylię?
Cóż, mimo wypitego wina długo nie mógł zasnąć tej nocy