Spisano dnia 4 grudnia A.D. 2017

Dziecinada


     Nie doręczono Wam w przeszłą niedzielę mego listu, bom go też i spisać nijak nie mógł. Dni trzynaście, nie mniej, nie więcej, jeno trzynaście dni i trzynaście nocy przepędziłem w ciemnicy. Chleba ani wody mi nie zbrakło, choć po prawdzie chleba mogłoby być więcej. Mógłby też nie być spleśniały, ani woda zatęchła, lecz z drugiej strony trzynaście dni to przecie nie trzynaście lat, więc próżno szukać powodu do utyskiwań. Przekonałem się też – a wcześniej, jako żywo, nie dałbym wiary – jakże miłem stworzeniem może być szczur, zwłaszcza jeśli nie masz lepszego towarzystwa.

     Skoro więc pragniecie wiedzieć, zaczęło się to w taki sposób, iż list mój o człeku zwanem Kulson, com go Wam ostatnio posłał, trafem jakiemś otwarto i jeszcze osobliwszem trafem wpadł on w ręce imć Pana Marszałka Karkowicza.

     – Cóż za zuchwałość! – rzec miał pono przeczytawszy go Marszałek do Pana Instygatora Wielkiego Koronnego, Żebrowicza – Ów świński pomiot, ów pies bisurmański całkiem otwarcie używa słów za obelżywe uznanych! A gdybyż tak wnuki moje papier ów obaczyły? Pomyśl waszmość sam, jakiego by doznały zgorszenia!

     – Wszak nie masz waść potomka, ani tem bardziej wnuków – odparł rezolutnie Pan Żebrowicz.

     – Lecz skoro bym je miał...

     – To prawda... No cóż, nie śledziłem rzeczy całej uważnie, atoli zda mi się nie ulegać wątpliwości, iże z nielichem łajdactwem mamy do czynienia – tu Pan Żebrowicz uczynił wielce zafrasowaną minę, po czem udał się do Podkanclerzego Błyskotliwskiego.

     – Tak... Znów to błazeńskie ścierwo... – westchnął rzekomo Podkanclerzy, a następnie dodał – Czas wreszcie z szują uczynić porządek.

     Skutkiem owej dysputy posłano do mnie sześciu gwardzistów i tak znalazłem się w lochu.

     – Przyznasz się sam, kurwi synu, czy też mamy ci w tem dopomóc? – spytali mnie już na wstępie, wlokąc schodami w dół.

     – Ależ przyznaję się do wszytkiego! – wyszeptałem przerażony i chyba wielce ich zasmuciłem memi słowy, choć przecie i tak, na wszelki wypadek sprali mnie na kwaśne jabłko.

     Temczasem Pan Żebrowicz nakazał swem kancelistom akt oskarżenia co rychlej sporządzić i to tak, by kart sobie liczył nie mniej niż trzy tuziny. A obwinionem zostałem o całen szereg czynów niegodnych, jak obrazę urzędnika królewskiego, co niemal równoznacznem jest z obrazą Majestatu, o deprawacją młodzieży, o szerzenie zepsucia, wzgardy i nienawiści, tudzież o prześladowanie innowierców. Ostatni zarzut wydał mi się szczególnie osobliwem, jednakoż okazało się, iż poszło o to, iżem słowa mieszczki pewnej zacytował, która to Żydów parchami po wielekroć nazwała.

     Wracając jednak do rzeczy, pracę nad owem documentum ukończono ledwie przed północą i zaraz kazano budzić sędziego, by ten nie mieszkając mnie skazał.

     – Ja żadnej przewiny się tu nie dopatruję – rzekł powoli dostojny starzec, zapoznawszy się tak z listem mojem, jak i z aktem oskarżenia.

     Mnie, i owszem, kamień spadł z serca, lecz Pan Żebrowicz ręce załamawszy, o pomstę do nieba zawołał.

     – Gdzież podziała się sprawiedliwość?! – pytał gromkiem głosem – Jakże sędzią być może ten, kto niczem ślepiec tak oczywistej zbrodni dojrzeć nie potrafi?!

     I nie minęły trzy pacierze, jak Pan Żebrowicz sędziego z urzędu złożył, mnie zaś kazał na powrót do lochu wtrącić, jako rzekł, bez wyroku i bez nijakiego trybu, a jeno w tem szczytnem celu, iżby sprawiedliwości nareszcie zadość się stało.

     A zatem trzynaście dni i trzynaście nocy, tyle właśnie przepędziłem o chlebie i wodzie.

     – Schudłeś nam waszmość, sczerniałeś, atoliś dziwnie wyszlachetniał – rzekł Pan Śpiżarny kładąc mi na talerz udziec barani.

     – Posilże się acan, węgrzyna grzecznego napij, a potem miodu przedniego, to ci dobrze zrobi – dodał Pan Piwniczny – i raduj się, że to dni trzynaście jeno, nie zaś trzynaście lat!

     – Albo i trzydzieści... – zamyślił się Pan Śpiżarny wznosząc do ust szklenicę.

     Rzec należy, iże obadwaj moi kompani od kielicha i wierni druhowie wyprawili na mą cześć istną ucztę, stawiając na stół takowe frykasy, jak pieczone kuropatwy, dziczyznę, kapłony, czy przepiórcze jaja.

     – W głowę zachodzę, mości panowie – rzekłem – dla jakiej to właściwie przyczyny nakazał mnie dziś rano Najjaśniejszy Pan wolno puścić. Wszak dowcip mój sprzykrzył mu się już dawno temu i takoż za widokiem błazna swego nieszczególnie przepada. Czemuż więc...

     – Jakże to, nie wiesz waść? – zdziwił się szczerze Pan Piwniczny – Przecie Infant nie od wczora na pieńku ma z Żebrowiczem! Dziecinada to po prawdzie, lecz żadnej okazji nie przepuści, aby mu zrobić psikusa.

     A to ci heca! I przez takową dziecinadę od wcale poważnych zarzutów sianem się wykręcił i z tęgich opałów wykaraskał


Wasz
Błazen Nadworny


 
 

Częstuję Was ciasteczkami (po nowemu cookies). Bez obaw, nie są zatrute! Zostając u mnie godzicie się je pałaszować, choć przecie zawżdy wydalić je możecie ze swych przeglądarek. Ja sam wolę dziczyznę i czerwone wino, wszakże wiedząc ile już u mnie ciasteczek zjedzono, łacno poznać mogę, ilu miałem gości.