
Biała róża
– Mów! – rozkazał Prefekt.
– A więc było to tak, panie, że szedłem za nim ode Wzgórza Kapitolińskiego – kupiec Tymon skłonił się nisko, przytrzymując dłonią złoty łańcuch spoczywający na jego piersi – szedłem za nim przez Forum, stroną prawą, wedle Świątyni Westy i domu kapłanek. Potem skierował swe kroki ku Tybrowi, jednakoż bardzo kluczył, jakoby chciał zmylić tych, co mogliby go śledzić...
– Dojrzał cię?
– Nie, panie! Była noc ciemna, miesiąc w nowiu, a niebo chmurne, więc nawet światło gwiazd nie mogło się przebić. Kryłem się w zaułkach, chocia nie było to łatwe, albowiem towarzyszył mu niewolnik, któren co raz rozglądał się wkoło...
– I ten niewolnik... Nie rozświetlał czasem drogi latarnią, albo pochodnią?
– Ani trochę, panie.
– Ciekawe...
– Jakom rzekł, znać było, iż obawiają się szpiegów.
– Co dalej?
– Koniec końców skręcili w lewo, przemierzyli parę ulic i wspięli się na Awentyn, a tam weszli do pewnego domu.
– Czyjego?
– Ten człowiek zowie się Plaukus. Jest złotnikiem. Całkiem majętnem, w rzeczy samej.
– A więc senator nocą w domu złotnika... Był tam kto jeszcze?
– Wydałem mieszek denarów, panie, aby się tego wywiedzieć. Widziano pono paru ludzi tej nocy, jak tam wchodzili...
Lucjusz Eliusz Sejan uczynił kilka kroków tam i z powrotem. Słońce stało już na tyle wysoko, że jego promienie poczęły padać do wnętrza prosto przez compluvium. Zmrużył więc oczy i przeszedłszy na drugą stronę sadzawki, do cienia, stanął tuż obok marmurowego popiersia Tyberiusza. Teraz lekki półmrok spowijał ich obu: władcę, znanego z ponurego usposobienia i dowódcę jego gwardii pretoriańskiej, o którego ciemnych sprawkach mówiło się w całem Rzymie.
– Czy wyglądali na patrycjuszy? Senatorów? Mieli może na sobie togi z lamówkami? – spytał w końcu.
– Zaiste, trudno to orzec. Odziani byli w płaszcze, nikt nic więcej nie dostrzegł.
– A więc... mogli być senatorami... – zamyślił się Sejan.
– W rzeczy samej, mogło tak być, panie.
– A ty, podążyłeś za niemi?
– Nie, nie śmiałbym przecie, lecz napotkałem tego oto człeka, jak wchodził do domu obok – tu wskazał dłonią na niemłodego już, siwego mężczyznę, stojącego tuż przy wejściu ode westybulu.
– Ktoś ty? – spytał Prefekt.
– Mówią na mnie Gallus, panie, bo kiedy się upiję, to pono przypominam koguta. Ale to nieprawda, zresztą rzadko bywam pijany, a jeśli już, to...
– Jesteś niewolnikiem?
– Nie, panie, jam człek wolny, wożę oliwę ze wsi, najlepszą w Mieście. Przyniosę kiedy do spróbowania...
– Jeśli można, panie – przerwał mu Tymon, skubiąc swą czarną brodę – on zazwyczaj nocuje w domu piekarza, przylegającem do tamtego, więc skorom go ujrzał owej nocy, przyszło mi zaraz na myśl, że mógłby...
– Pojmuję – skinął głową Sejan, po czem zwrócił się do wieśniaka – I cóżeś obaczył?
– On dał mi dziesięć denarów, więc pomyślałem, czemu nie? – uśmiechnął się chytrze Gallus wskazując palcem na kupca – Kręciło mi się ździebko w głowie od wina, com je wypił w gospodzie wraz z trzema obwiesiami, z których jeden...
– Dalej!
– No więc kręciło mi się w głowie, alem przystawił drabinę i wszedłem na dach, a stamtąd już widziałem wszytko przez dziurę, taką ja ta – tu podniósł oczy ku górze i spojrzał na compluvium.
– No więc? – w głosie Sejana dało się słyszeć zniecierpliwienie – Coś widział?
– Schadzkę, panie.
– Co?! Jakąż znowu schadzkę?!
– Mężczyzna dał jej kwiat.
– Jej?! O kimże mówisz? Kim była? Widziałeś twarz?
– Nie panie, stała tyłem.
– Włosy?
– Miała płaszcz zarzucony na głowę, lecz on stał frontem do mnie, jego twarz dostrzegłem wyraźnie, boć w drugiej dłoni trzymał lampkę oliwną.
– Wszystko się zgadza – wtrącił Tymon – to był senator, któregom śledził.
– Skąd możesz wiedzieć – rzekł Prefekt bardzo powoli – iż osoba, która tam stała, była niewiastą?
– A... Jakże inaczej, panie? – odparł wieśniak cokolwiek zbity z pantałyku – Dyć dał jej kwiat, białą różę...
– Białą różę! – wykrzyknął Sejan – Czyliż nie wiesz, durniu, czem jest biała róża?!
Na chwilę zapadło milczenie. Dowódca gwardii zdawał się myśleć nad czemś spoglądając w taflę wody skrzącej się w słońcu. Wreszcie niepewnie odezwał się Gallus:
– Niechaj bogowie sprzyjają ci, panie, ani rusz, nie wiem co znaczy ten kwiat. Powiadają, iże nie jestem zbyt mądry, atoli pewien rzeźnik...
– Mógłże być to mąż, nie niewiasta? – przerwał mu Prefekt.
– Juści mógł, skoro każesz, panie...
– A owi inni ludzie, był tam kto jeszcze?
– Nikogom nie dostrzegł...
– A widziałeś z góry całe atrium, czy jeno kawałek?
– Ino ociupinkę, panie, ledwo jedną stronę, resztę dach przysłaniał...
– A więc musieli tam być! Skoro weszli do domu, to gdzieżby się podziali? Stali pod dachem od tej strony, której nie widziałeś, prawda?
– No... niby na to wychodzi...
– Biała róża – rzekł już spokojniej Prefekt – jest symbolem nienawiści, głupcy. Oznajmił to sam Cezar. Sam Cezar! A on wszak mylić się nie może. Byłeś więc, Gallusie, świadkiem zebrania spiskowców, haniebnej zdrady tych, co miast miłować swą ojczyznę, w pogardzie mają Rzym, zaprzańców, których zaślepia żądza władzy, łotrów, co obalić pragną Imperatora Tyberiusza Juliusza Cezara! To wszystko zeznasz na procesie, pojmujesz?
– Juści pojmuję, panie... – odparł chłopina drżącem głosem.
– A ty, Greku – zwrócił się do Tymona – opowiesz, kogoś widział, jak wchodził do owego domu.
Kupiec oddał pokłon, zaś wieśniak wpatrywał się w Prefekta z palcem w gębie, jakoby wciąż jeszcze nie mógł pomiarkować, iż to nie kochanków kazano mu podglądać z dachu.
– Heronie – rzekł temczasem Sejan do odzianego w nazbyt obszerną tunikę, kościstego wyzwoleńca, stojącego od strony tablinum – zapłać tem ludziom wedle umowy. I sporządź dziś jeszcze listę senatorów, którzy wzięli udział w spisku. Są oni chorzy z nienawiści i czas najwyższy się z niemi rozprawić.
Cóż, być może pomnicie, iż opowiadałem Wam już ongi o Eliuszu Sejanie i o Cezarze Tyberiuszu. W rzeczy samej, żadne z tych imion nie zapisało się złotemi zgłoskami na kartach dziejów i lepiej by pewnie było, gdyby poszli oni w zapomnienie. Ja takoż nie pamiętałem już o tej historii ze spiskiem, atoli przypomniała mi się ona nie dalej jak cztery dni temu, gdym z okna swej komnaty ujrzał Księcia Regenta w zamkowem ogrodzie, jak z lubością deptał białe róże. A więc jednak...
Do tej bowiem pory żył w przeświadczeniu, iż kwiaty one są jeno symbolem najczystszej miłości