Błazen Nadworny - Tartuffe albo o tem skąd biorą się dzieci

Spisano dnia 17 marca A.D. 2019

Tartuffe albo o tem skąd biorą się dzieci


     Wszystek ambaras przez to, że chcąc zabawić Miłościwego Pana, opowiedziałem nieprzystojny żart. Zresztą, gdzież on tam nieprzystojny? Szło o niewiastę, co zjawiła się u doktora z obandażowaną nogą, narzekając przy tem na ból głowy, zasię spytana, czemu to bandaż ma na nodze, odrzekła, iż jej się zsunął...

     Infant z początku zaśmiał się, potem atoli skrzywił i spytał, czy białogłowa ta była bez nogi, a skoro odparłem, iż nic jej nie brakowało, stwierdził krótko, że żart mój głupi, bowiem bandaż z głowy na nogę żadną miarą zsunąć się nie może.

     Powiadają, Roma locuta, causa finita. Nie finita jednakoż, albowiem ktoś usłużny doniósł Księciu Regentowi, iże facecjami memi Majestat, a zarazem dziecię niewinne deprawuję, historie niestworzone rozpowiadając, a to o dziewkach przedajnych, co gołemi jak święci tureccy będąc, przepaski sprośne na głowy tudzież na uda poubierały ku tem większej rozpuście. Książę rozsierdził się pono nie na żarty, gromkiem głosem wołając, iże czas skończyć z szerzącą się wszędy rują i poróbstwem, zasię nakłanianie do pederastii lubo sodomii przyzwolenia u niego nigdy żadną miarą nie najdzie. Wara od naszych dzieci! – krzyknąć miał na koniec.

     Chwalić Boga, przez łaskawe wstawiennictwo imć Pana Stolnika kary najcięższej uniknąć mi przyszło, a jeno mi taką wyznaczono pokutę, iżbym resztę Wielkiego Postu w klasztorze odległem na modlitwie pokornej, o chlebie i wodzie  przepędził.

     Tak więc osiodłano mą klacz i ruszyłem w drogę. Przyznam, że w sercu czułem niespotykaną lekkość i radość jakowaś rozpierała mą pierś. Spytacie czemu? Wszakem właśnie uszedł spod katowskiego topora! Jechałem tedy nieśpiesznie, lekkiem kłusem, grzejąc się cokolwiek w wątłem jeszcze, marcowem słońcu. Wypatrywałem zaś wszędy pierwszych znaków budzącej się wiosny i weseliłem się niczem małe dziecię każdem pąkiem dostrzeżonem na nagich gałęziach przydrożnych drzew. Uszy me cieszył świergot ptasząt folgujących sobie po długiem zimowem milczeniu i zdawało mi się, żem oto właśnie drugi żywot Deo gratias otrzymał.

     Wiatr pędził po jasnobłękitnem niebie białe obłoki, ale też niekiedy cięższe, wełniste chmury, a że marcowa pogoda nader kapryśną bywa, więc w pewnej chwili wicher nasilił się tak, żem musiał czapkę dłonią przytrzymywać, iżby mi jej z głowy nie zerwał i hen w dal nie poniósł. Z wichrem zaś nadciągnęła zamieć – wielkie płaty ciężkiego, mokrego śniegu oblepiać poczęły mą twarz i zakrywały oczy, że aż zwolnić przyszło mi do stępa, a jadąc – głowę schylać niemal do końskiego karku.

     Po jakiej godzinie śnieg ustał i zza chmur na powrót wyszło słońce, atoli wyraźnie pochłodniało, ja zaś, przemoczony do suchej nitki, trząsłem się z zimna i szczękałem zębami. Dalej jechać było nie sposób, lecz szczęśliwie przypomniałem sobie, iże w okolicy tej znajduje się majątek państwa Orgonowskich, moich dalekich, a przy tem niezbyt zamożnych krewnych – posiadali oni ledwie dwie wsie, a i to nieznaczne. Niewiele myśląc zjechałem z gościńca i skręciłem pod las, po czem udałem się wąską, piaszczystą ścieżką, wiodącą między krępemi sosnami. Choć nie było mnie tu już ładnych parę lat, drogę pamiętałem dobrze, więc nie przeszło kilka pacierzy, jak bez błądzenia stanąłem przed niewielkiem, krytem gontem, modrzewiowem dworkiem o pobielanych wapnem ścianach, otoczonem bezlistnemi jeszcze topolami. Odprowadziłem moją klacz do stajni, przykazując parobkowi, by wyczyścił ją i dał obroku, po czem zastukałem w drzwi.

     – A to dopiero! Kuzyn tutaj? – ucieszył się na mój widok gospodarz – Zmoknięty, zziębnięty pewno... A wejdźże co rychlej do środka, dam ci zaraz jakie suche odzienie i okowity na rozgrzewkę! Dokądże Bóg prowadzi?

     Już odrzec miałem, iże do klasztoru, gdzie za nieobyczajne zachowanie pokutę mi wyznaczono, alem się w porę w język ugryzł, boć przecie powodu do chluby nijakiego nie miałem. Odparłem więc jeno:

     – Z gościny u kuzyna kontent będę wielce, albowiem misją przez Miłościwego Pana wyznaczoną spełniając, srodzem przemókł w zamieci. Poczęstunku takoż nie odmówię.

     Niebawem, przebrany w suchą koszulę i cokolwiek przyciasny kaftan, siedziałem w niewielkiem salonie, przy nakrytem koronkową serwetą stole i krzepiłem się gorzałką. Od zielonego, kaflowego pieca biło miłe ciepło.

     – Małżonka ma na migrenę cierpi, więc w łożu dzień cały leżąc przyjść do nas nie może – objaśnił gospodarz – a to jest Monsieur Tartuffe – tu wskazał na człeka, któren ni stąd ni zowąd pojawił się we drzwiach. Lekko zgarbiony, odziany był niby z francuska, lecz na czarno, niczem ksiądz i tem więcej księdzem się zdawał, albowiem dłonie trzymał złożone jakby do modlitwy.

     – À votre service, monsieur – skłonił się pokornie, mierząc mnie wzrokiem, w którem była jakaś osobliwa przebiegłość.

     – Nadworny. Błazen Nadworny, sługa uniżony – zaprezentowałem się i odniosłem wrażenie, że jego oczy zabłysły, gdy usłyszał Nadworny, lecz zaraz przygasły, skoro dodałem Błazen.

     – Usiądziesz waćpan z nami? – spytał pan Orgonowski.

     – Oh non, merci... – odparł tamten – Il faut que... Muszę udać się na modlitwa.

     To rzekłszy, schylił głowę i odszedł, zaś mój krewny objaśnił mi półgłosem:

     – Widzi kuzyn, to wielce świątobliwy człowiek. Przybył tu dopiero co z Francji, bez grosza, wygnany przez rewolucję. Z początku przyjąłem go na preceptora dzieci, lecz teraz stał się mem powiernikiem i przyjacielem najszczerszem, radzę się go w każdem względzie, obdarowałem jedną ze swych wiosek.

     – Nie jestże to nierozważne, kuzynie? – spytałem.

     – Ani trochę! Człek równie pobożny nie mógłby się wszak dopuścić żadnej niegodziwości!

     – A wiele wiosen liczą już dzieci kuzyna? – zmieniłem temat rozmowy, nie chcąc wściubiać nosa w nieswoje sprawy – pomnę je jeszcze całkiem małemi, lecz lat od moich ostatnich odwiedzin jakoś zrachować nie mogę...

     – Jędrzej dziewięć, Natalia zaś jedenaście. Zresztą, zaraz się tu zjawią, pogawędzicie sobie nieco, podczas gdy ja pójdę doglądnąć roboty we folwarku. Natalka! Jędruś! Migiem tu!

     – Wujaszek! – zawołała od proga z radością jasnowłosa dziewczynka, chłopiec zaś zdawał się lekko zawstydzony – pewno ledwie mnie pamiętał, ale już po chwili stał się bardziej rozmowny i począł opowiadać mi, jako to wczora wróbla na stodole z procy ustrzelił.

     – A wasz nowy nauczyciel? Jak też go znajdujecie? – spytałem.

     – Ćwiczy nas w arytmetyce i w łacinie, ale co raz dyscypliną po rękach bija, skoro się jeno słówka jakiego zapomni – odparła Natalka krzywiąc się nieznacznie.

     – Albo jak się w rachowaniu pomyli – dodał Jedruś.

     – I cóż na to pani matka?

     – Powiada, iże rózeczką dziateczki Duch Święty bić każe – rzekła dziewczynka.

     – Prawda to – odparłem – że arytmetyka i łacina nadzwyczaj w życiu przydatne, zasię posłuszeństwo rodzicam wielka dla dzieci rozkosz.

     – A wie może wujaszek, skąd one się właściwie biorą? – spytała nagle Natalka.

      Kto?

      No dzieci.

     – Cóż... – westchnąłem myśląc intensywnie, co by też tu rzec, a że nic lepszego nie przyszło mi do głowy, odparłem – Jam w tej materii niedoświadczony, jako żem kawaler i dzieci nie mam, lecz może indagować należy waszego preceptora...

     – Monsieur Tartuffe objaśnił, że ludziom szlachetnie urodzonem, a prawem i pobożnem przynosi je bocian, pospólstwo zasię sprośności różnorakie wyczyniać musi, by je koniec końców w kapuście odnajdywać – rzekła Natalka.

     – Ach tak...

     – Ale skorom spytał, co to za sprośności, Monsieur Tartuffe wszetecznikiem mnie nazwał, w kącie na grochu dwadzieścia zdrowasiek klęczeć przykazał i jeszcze powiedział, że się za to przez wieczność całą w piekle smażyć będę – Jędruś miał łzy w oczach.

     – Nie martw się chłopcze, Pan Jezus z pewnością ci wybaczy – zacząłem mówić, lecz oto w drzwiach pojawił się tłusty księżulo o rumianej twarzy, a wraz z niem pan Tartuffe.

     – André! – rzekł stanowczem głosem – jako pokuta za nieskromne myśli, pójdziesz tout de suite z panem księdzem uczyć się ministrantura.

     Takoż i wyszli, zasię Natalka pobiegła bawić się lalkami. Spoglądałem chwilę przez okno, jak oddalali się ku plebanii – kościół stał na wzgórzu nieopodal dworku – i mógłbym przysiąc, że na odchodnem ksiądz wręczył panu Tartuffe niewielki mieszek. Co jednak w niem było? – tego przecie znikąd wiedzieć nie może


Wasz
Błazen Nadworny


 
 

Częstuję Was ciasteczkami (po nowemu cookies). Bez obaw, nie są zatrute! Zostając u mnie godzicie się je pałaszować, choć przecie zawżdy wydalić je możecie ze swych przeglądarek. Ja sam wolę dziczyznę i czerwone wino, wszakże wiedząc ile już u mnie ciasteczek zjedzono, łacno poznać mogę, ilu miałem gości.