Spisano dnia 7 stycznia A.D. 2018

Ucieczka do Egiptu


     Skoro pytacie, jak się sprawy mają, to mają się one tak, iż pierwej postanowił Książę Regent, bym towarzyszył Mistrzowi Mateuszowi z Moraw w jego podróży na Węgry, potem jednakoż, gdyśmy już w drodze byli, zamiar swój odmienił i umyślnego posłał, aby mnie co rychlej zawrócił. Zamysł pierwszy stąd się wziął zapewne, iż obecność błazna przy boku oficyjeli zawżdy wolności i tolerancji jest świadectwem. Skąd więc ów nagły rozkaz powrotu? Owóż, chodzą słuchy, iż później Książę do przekonania przyszedł, że na Dworze Węgierskiem mogliby Mistrza Mateusza ze mną mylić – zaiste nie wiem jednak, jakiem to sposobem, albowiem zgoła odmiennej jesteśmy tak fizjonomii, jako i postury.

     W każdem razie, Kanclerz wraz ze swą świtą sam, to jest beze mnie, udał się do Króla Węgier, by go pokornie o zmiłowanie i ratunek prosić, podczas gdy ja, wsiadłszy na koń, ruszyłem w drogę powrotną. Strudzony jednakoż cokolwiek po całem dniu jazdy, stanąłem w majątku mego krewnego, Hrabiego N., u któregom, jako może pamiętacie, gościł przeszłego roku w Boże Narodzenie. Tam też wtedy, w jego przebogatej bibliotece odnalazłem manuskrypt pewien tyczący się Epifanii, o którem Wam ongi opowiedziałem. Hrabia wielce ucieszył się na mój widok i ani rusz w dalszą drogę puścić nie chciał.

     – A dokąd ci to tak śpieszno, kochaneczku? – spytał – Skoroś już w ten świąteczny czas w me progi zawitał, choćby do Trzech Króli ostać z nami musisz! Dziczyzny, miodu przedniego, grzanego wina i wszelakich smakołyków jest ci u nas dostatek!

     Ostałem więc i, nie powiem, wcale w smak mi było to zaproszenie. Nie omieszkałem też znów poszperać w bibliotece, trochę w nadziei, iż być może odnajdę dalszą część tamtego apokryfu. I tak właśnie się stało! Leżał sobie na jednej z półek, niemalże jakby na mnie czekał. Przytoczę Wam tu zatem zaraz jego treść, którą pośpiesznie i pewno trochę nieudolnie z greki przełożyłem.


     Gdy dobiegła już końca owa błogosławiona noc Narodzenia, gdy umilkły anielskie chóry, przygasła gwiazda opromieniająca grotę i nastał świt, udał się Yossef do miasta Bet Lehem, aby kupić tam bochen chleba, nieco oliwy i garść daktyli na posiłek dla siebie i poślubionej sobie Myriam, która leżała w połogu. Ser i kozie mleko podarowali im pasterze. Tam też, w Bet Lehem, zwiedział się Yossef o rozkazie Króla Heroda, iżby w pień wyrżnięto wszystkich chłopców do lat dwóch w całej okolicy.

     – Nie masz dla nas miejsca w ziemi judzkiej, a może też i w Galilei – rzekł do Myriam i już niebawem, zaraz po szabacie, wzięli osła i wyruszyli wraz z dziecięciem na północ, ku morzu, aby wsiąść tam na jaki statek i zbiec gdzie daleko, choćby i do Rzymu. Tak, po trzech dniach, późną nocą, strudzeni wielce dotarli do miasta Ashdod (co po łacinie zwie się Azotus) i to akurat w ten sam czas, gdy przybyli tam siepacze Heroda. A najął był król do swej plugawej zbrodni najgorszych łotrów, albowiem słusznie mniemał, iż żołnierze mogą okazać się nazbyt litościwi dla niewinnych dzieci. Chodzili więc owi hultaje od domu do domu i mordowali, jako im przykazano. Szczęśliwie księżyc był w nowiu, niebo zaś zasnuło się chmurami, przez co w ciemnościach przybyszom udało się niepostrzeżenie przemknąć do portu i wśliznąć na statek, któren to jeszcze przed świtaniem odbił od brzegu.

     Następnego dnia, gdy słońce stało już wcale wysoko na niebie, odnalazł ich śpiących na rufie, za jedną z wielkich skrzyń, chłopiec okrętowy.

     – Ktoście? – zawołał donośnem głosem – Zachciało się wam płynąć do Italii? Kapitan jak raz wyrzuci was za burtę!

     – Zapłacimy za podróż – wyszeptał Yossef wyrwany ze snu – powiedz, czy to rzymski statek? Kim jest kapitan?

     – Rzymski, a jakże! Płyniemy do Ostii. Kapitan zaś jest człekiem dumnem, pochodzi z północy, z Sarmacyji i tem się zawżdy szczyci. Zawiodę was zaraz do niego. Sam postanowi, co z wami uczynić.

     Szarpani i popychani trafili niebawem przed oblicze kapitana, męża postawnego, w sile wieku, o twarzy rumianej, okolonej siwą brodą.

     – A zatem chcieliście mnie okraść? – bardziej stwierdził niż spytał przyglądając im się uważnie – złodziei rzucamy w odmęty.

     – Miej litość, panie – rzekł Yossef – pragniemy jedynie przepłynąć bezpiecznie przez morze, mam mieszek denarów i parę sztuk złota, zapłacę...

     – Ciekawe skąd je masz... Wyglądasz mi na zbira.

     – Nie, panie, podarował mi je jeden z trzech mędrców, którzy przybyli ze wschodu.

     – Akurat! Mędrzec! I to jeszcze ze wschodu... A mnie się zdaje, żeś kogoś napadł i obrabował.

     – Panie, jesteśmy uchodźcami – szepnęła Myriam – pragnęliśmy jedynie uchronić to dziecię od śmierci...

     – A niby kto was tam chce w Italii? Brudna żydowska hołota! Przywleczecie jeszcze jaką zarazę. Trzeba was rzucić rekinom.

     – Panie, oszczędź chociażby niewiastę i chłopca! – Yossef padł na kolana.

     – Żeby, gdy dorośnie, stał się takiem samem łotrem jak ty? Palił, mordował, gwałcił nasze siostry i żony? To mam uczynić? Posłuchaj, człowieku, to mój świat, nie wasz! Jam przybył do Rzymu z dalekiej północy i stałem się Rzymianinem, was nikt tam nie chce. Nade wszystko cenimy sobie nasze bezpieczeństwo.

     – Miej litość, panie! – Myriam spojrzała niego, jej oczy były pełne łez – wysadź nas choć na jakiej wyspie, oddamy ci wszystko, co mamy!

     Kapitan odwrócił się i uczynił parę kroków w jedną, potem w drugą stronę, jakoby ważył coś w myślach. Patrzył czas jakiś na spokojne morze, potem podniósł wzrok ku górze i przyglądał się chwilę marynarzom rozpinającym żagle, wreszcie spojrzał na niechcianych pasażerów, skrzywił się i rzekł:

     – Macie szczęście. Dobry ze mnie człowiek i bogowie wynagrodzą mi zapewne hojnie to, co uczynię. Ten statek po drodze przybić ma do portu w Aleksandrii, wezmę wasze złoto i wysadzę was tam na brzeg.

     – Jesteś aniołem, panie! – uśmiechnęła się Myriam, Yossef zaś dodał:

     – Zaprawdę nie wiem, jak mam ci dziękować...


     Cóż, Mateusz Ewangelista w wielkiem skrócie opowiedział chyba tę samą historię: oto anioł Pański ukazał się Józefowi we śnie i rzekł: "Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu". A kraj niewoli, z którego Naród Wybrany wyprowadził był ongi Mojżesz, okazał się teraz bardziej gościnnem Najświętszej Rodzinie, niż daleka północ. Nadziwić się temu nie może


Wasz
Błazen Nadworny


 
 

Częstuję Was ciasteczkami (po nowemu cookies). Bez obaw, nie są zatrute! Zostając u mnie godzicie się je pałaszować, choć przecie zawżdy wydalić je możecie ze swych przeglądarek. Ja sam wolę dziczyznę i czerwone wino, wszakże wiedząc ile już u mnie ciasteczek zjedzono, łacno poznać mogę, ilu miałem gości.