Błazen Nadworny - Wiosenne porządki

Spisano dnia 12 marca A.D. 2017

Wiosenne porządki


     Choć do równonocy pozostał jeszcze tydzień z okładem, wiosna zawitała już na dobre w zamkowe progi. Niebo stało się jakby więcej niebieskie, słońce wstaje wcześniej i bardziej ochoczo, na gałązkach pojawiły się pierwsze pąki, zaś o poranku da się słyszeć śpiew ptasząt, co pono szczególnie raduje Księcia Regenta, a to z uwagi na jego ulubionego kocura, któren wreszcie nacieszyć się może udanemi łowami.

     Mniej to w smak Panu Łowczemu, albowiem przez wzgląd na ptaki właśnie postanowił go Regent powstrzymać od wycięcia w pień wszystkich drzew na zamkowem wzgórzu. Złe języki powiadają nawet, iż Pan Łowczy najchętniej ustrzeliłby potajemnie książęcego kota, lecz nawet nie śmie próbować, gdyż w razie jakiego donosu niechybnie by za to gardłem zapłacił.

     Donos złożono zaś na niewiastę pewną imieniem Marzanna, oskarżając rzeczoną o konszachty z diabłem. Zajął się już nią Ojciec Szarosław, Inkwizytor Wielki Koronny i mówi się, że uznawszy za winną, na dniach nakaże się pławić ją we wodzie.

     Ojciec Szarosław inne ma temczasem strapienie. Oto bowiem dowiedziono pewnemu szlachcicowi i to ponad wszelką wątpliwość, iże w młodości oddawał się praktykom czarnoksięskim i szczerze wielbił szatana. Szlachcic ów zwany jest nota bene przez swych wrogów imć Przybłędą, jako że sam niskiego rodu, wżenił się w zacną familię ze Żmudzi. Jak nic, na stos by więc trafił, gdyby nie to, iż małżonka jego, Hrabina Julia, zasłynęła z nader zręcznych intryg, oddając z ich pomocą nieocenione usługi Księciu Regentowi. Pomaga jej w tem zresztą niejaki Mucha, sine nobilitate, przechwytując i otwierając potajemnie listy pisane do sędziów Trybunału Koronnego. Tak więc Inkwizytor biedzi się teraz, jak całej sprawie sprytnie łeb ukręcić, bo skoro tego nie uczyni, jak nic urząd swój, a może i głowę straci.

     Nie traci atoli głowy Pan Instygator Wielki Koronny, Żebrowicz, któren z całych sił zabrał się za wiosenne sprzątanie. Wziął on sobie za punkt honoru, do letniego przesilenia wszystkich sędziów w całem Królestwie z urzędu złożyć, a na ich miejsce sługi swoje mianować, zaczem każdego jednego medyka – a bardzo jest na nich cięty – przed trybunał postawić i na gardło lubo na banicję skazać.

     To akurat cokolwiek nie w smak jednakoż być może Panu Kanclerzowi, któren dopiero co we wiadomem zdarzeniu rany był odniósł i siedem dni w gorączce przeleżawszy, właśnie dzięki trosce medyków z niej wyszedł. A skoro już ozdrowiał, także wziął się za porządki i z rozkazu Księcia Regenta dekret właśnie gotuje, mocą którego wójt każden, jako też i sołtys krnąbrnem a nieużytecznem ogłoszony, nie mieszkając precz przegnanem zostanie.

     I tu swoje trzy grosze postanowił wetknąć Podkanclerzy Błotnicki, zauważając iż heroldowie, co po miastach ważne sprawy ogłaszają, zbyt mało Księcia Regenta, jako i Najjaśniejszego Pana miłują, a językiem ojczystem biegle po prawdzie władając, wcale inszem wysługują się monarchom. I choć szczęśliwie słowom ich lud wiary i tak nie daje, to jednak zgorszenie, jakie szerzą, o pomstę do nieba woła. Skoro więc w całem Królestwie się sprząta, to również i z niemi by trzeba uczynić porządek.

     Ja z kolei, porządkując papiery, odnalazłem na półce kartę z dzieła Ab Urbe condita Liwiusza – musiała obluzować się i wypaść kiedy podczas lektury. Zaciekawiony rzuciłem na nią okiem – stało tam o Marcjuszu Koriolanie, któren to w dawnych czasach, jakie pięć wieków przed Chrystusem, ojczyznę swą zdradził i zaślepiony furią, tudzież nienawiścią, powiódł na Rzym wrogi mu lud Wolsków, zaś w całej intrydze znaczną odegrał rolę łajdak pewien imieniem Syriusz, choć o niem akurat milczą historycy. Doszły mnie ongi słuchy, iż historię Koriolana wielce upodobał sobie Książę Regent, choć musiał przecie insze czytać księgi i odmienne znać jej zakończenie, bo orzekł pono, iż chocia Miasto wrogom nie uległo, a wódz życiem przypłacił swą zdradę, to jednak summa summarum wielkie odniósł moralne zwycięstwo. 

     Tak więc mamy wiosnę i wiele się dzieje. Wszystko zaś wzięło początek pewnej nocy marcowej, kiedy to ni stąd ni zowąd huki jakoweś usłyszano i trzaski, wcale donośne. Wystraszył się więc Regent nie na żarty, sądząc, że to szlachta rokosz podniosła i wespół z kupami chłopskiemi na Zamek uderza. Ukrył się więc co rychlej wraz z Kanclerzem i Księciem Marcelim we Wschodniej Baszcie, z której to nasz Minister Wojny, dzielnie przez okno się wychyliwszy, z całych sił wołał, by co rychlej smołę gotować, a murów bronić. W tem to czasie z kolei Pan Żebrowicz w wielkiej trwodze szkapę w stajni pierwszą z brzegu pochwycił i dosiadłszy ją, na oklep w noc chciał pędzić, by przed gniewem szlachty za jaką granicą się schronić.

     Koniec końców, okazało się przecie, iż to jeno mróz puścił, wiatr ciepły przyszedł, przez co lód na rzece gwałtownie pękał, okrutny czyniąc przy tem łomot. Eo ipso, nadchodziła więc wiosna, zasię Dwór wszystek, już wcale uspokojony, wyległ na mury, radując się podwójnie – raz, że się zima kończy, dwa, że do rewolty nijakiej szczęśliwie nie doszło.

     Był tam również, ciesząc się, co prawda z wiosny jeno 


Wasz
Błazen Nadworny


 
 

Częstuję Was ciasteczkami (po nowemu cookies). Bez obaw, nie są zatrute! Zostając u mnie godzicie się je pałaszować, choć przecie zawżdy wydalić je możecie ze swych przeglądarek. Ja sam wolę dziczyznę i czerwone wino, wszakże wiedząc ile już u mnie ciasteczek zjedzono, łacno poznać mogę, ilu miałem gości.