Błazen Nadworny - Koń na biegunach

Spisano dnia 8 października A.D. 2017

Koń na biegunach


     Było to nieledwie parę dni temu, dobrze po północy, kiedym po suto zakrapianej wieczerzy powracał zamkowemi krużgankami od pokojów Pana Piwnicznego, na dole, w zachodniem skrzydle, do swej własnej komnaty. A że droga zdawała mi się wcale daleką i niełatwą do przebycia, dla rezonu podśpiewywałem sobie pod nosem jedną z piosnek, któremi dopiero co cieszyły nasze uszy dwie wielce nadobne dwórki. Wspiąwszy się z niejakiem trudem po cokolwiek krętych schodach, przysiadłem na chwilę na ostatniem stopniu, albowiem zakręciło mi się w głowie. I właśnie wtedy za załomem muru posłyszałem szczęk żelaza.

     – Cóż u licha?! – rzekłem sam do siebie, szczęśliwie po cichu, a następnie podniósłszy się, ostrożnie wyjrzałem zza węgła.

     – A łotry! Ja wam pokażę! – zakrzyknął szlachcic dzierżący w dłoni obnażoną karabelę do nastających nań trzech zamaskowanych zbirów w czarnych pelerynach.

     Miesiąc był w nowiu, więc w wątłem świetle gwiazd pewno nie rozpoznałbym twarzy, atoli postąpiwszy dwa kroki do przodu, broniący się wszedł akurat w krąg światła pochodni zatkniętej w mur. Toż to Pan Hetman Polny Krasiewicz, jako żywo! – o mały włos nie krzyknąłem z wrażenia. Temczasem zaś gdzieś z mroku posłyszałem głos, który trudno było zapomnieć, jako że należał do Kapitana Gwardii:

     – Brać mi go żywcem, nicponie! Zdrajca musi wszystko wyśpiewać przed śmiercią!

     W tejże chwili szabla hetmańska dosięgła jednego z napastników, któren zaraz z jękiem osunął się na ziemię. Dwóch pozostałych przeraziło się widząc, iż Pan Krasiewicz tanio skóry nie odda i odstąpiło parę kroków w tył.

     – Dalejże hultaje! – krzyknął Kapitan – Bo za tchórzostwo obwiesić was każę!

     – No, chodź tu jeden z drugiem! – syknął z kolei Hetman wznosząc karabelę – Jako mi Bóg miły, obydwu usiekę, a potem jeszcze waszmości dostanę!

     Zbiry rzuciły się do ucieczki, zasię Hetman ruszył na Kapitana, lecz naraz gdzieś od góry spadła na niego sieć. Dojrzałem, jak z murów zeskoczyło kilka postaci i do cna obezwładniwszy spętanego, poczęło okładać go kułakami. Wytrzeźwiawszy w mgnieniu oka, cofnąłem się i ukryłem w niewielkiej wnęce przy schodach. Siedząc tam niczem mysz pod miotłą widziałem, jak gwardziści nieśli swą nieprzytomną ofiarę, szczęśliwie nie oglądając się ani trochę na boki. Długo potem, jak umilkło echo kroków, powróciłem cichaczem do swej komnaty.

     Nazajutrz, zaraz z rana, dowiedziałem się od służby, iż Pan Hetman Krasiewicz o zdradę Majestatu oskarżon w lochu siedzi, zaś przyczynę całego zajścia wyjawił mi wkrótce w wielkiej konfidencji Pan Woźniczy.

    Wszystko więc zaczęło się tak niewinnie! Oto bowiem wiosną otrzymał był Najjaśniejszy Pan w prezencie konia na biegunach. Uradowany podarkiem częstokroć bujał się na niem wymachując drewnianą szabelką i pokrzykując: Hajże na wroga!, Bij kto w Boga wierzy!, albo też Królestwo me od morza do morza! Dworzanie przyglądali się owem zabawom i klaskali w dłonie, skoro jeno Infant jaką nową victorię ogłosił.

     – Serce rośnie, skoro spojrzy się na Króla Jegomości, nie uważasz waść? – mawiał do mnie nieraz Pan Śpiżarny, ja zaś odpowiadałem:

     – Zaiste! Wielka to rzecz, skoro kto dziecięciem jeszcze będąc, tak wyborną odznacza się dzielnością.

     – Błaźnie! – rzucił pewnego razu Infant do mnie, bujając się na swem rumaku –  Nie sądzisz, iż, skoro tak dobrze radzimy sobie w walce, czas już najwyższy na czele prawdziwej armii nam stanąć?

     – Najjaśniejszy Panie – skłoniłem się zakłopotany – liczysz sobie ledwie czterdzieści i pięć wiosen... Młody to jeszcze wiek, lecz skoro...

     – A zatem postanowione! – odparł Infant i spinając konia maleńkimi złotemi ostrogami, zawołał – Huzia!

     Następnego dnia całkiem niespodzianie zjawił się Król na paradzie i stanął tuż obok Ministra Wojny. Książę Marceli pierwej zdumiał się niepomiernie, potem zaś z całych sił probując zdumienie owo ukryć, starał się nie dostrzegać Najjaśniejszego Pana. Podobnie zresztą uczynił Książę Regent, przechodząc obojętnie i zwracając głowę w inszą stronę.

     – Jestli to afront? – spytała mnie po cichu jedna z dam stojących obok – Jak waszmość uważasz?

     – Rzekłbym, raczej coś na kształt klapsa, jaki się wymierza nieposłusznemu pacholęciu – odparłem.

     – A, comme ça... – skinęła głową.

     Rzecz cała powtórzyła się jednakoż raz i drugi, aż wreszcie nadszedł dzień, kiedy to Infant ni stąd ni zowąd w czas jednej z parad wygłosił przemowę. I jakby było mało, oświadczył jeszcze wszem i wobec, iże rycerstwo nie jest niczyją prywatną własnością! Odgadnąć łatwo, iże Regent, a pewno jeszcze bardziej Książę Marceli, rozsierdził się tem nie na żarty.

     – A teraz powiedz waść sam – zakończył swój wywód Pan Woźniczy – azaliż można się dziwić, że Pan Krasiewicz do lochu wtrącon? Wszak to on, nie kto inny, Infanta fechtunku nauczał!

     – Cóż, masz acan słuszność – odparłem.

     – Powiem waćpanu jeszcze jedną rzecz w zaufaniu – dodał – otóż nie dalej jak wczora udałem się do wozowni dopilnować, by przyszykowano karetę dla Księcia Marcelego, któren to dziś właśnie wybiera się z wizytą do pewnego zacnego przeora. I kiedym zaklinał stangreta na wszystkie świętości, by nie pędził jak na złamanie karku i chocia ten jeden raz koni i powozu oszczędził, we wrotach zjawił się nie kto inny, jak sam Książę. Był tak mocno zaaferowany konwersacyją z imć Panem Bartłomiejem Wszędobierskim herbu Niedźwiadek, że z początku nie dostrzegł ani mnie, ani służby. Wtedy to posłyszałem, jako rzekł, iż niesforności Infanta wkrótce kres się położy.

     – A to niby jakiem sposobem? – zaciekawiłem się.

     – A takiem – rzekł – iże się go o knowania z Hetmanem Krasiewiczem oskarży i do abdykacji przymusi lubo też za zdradę Majestatu z tronu złoży.

     – Nie może to być! – zakrzyknąłem – wszak koncept taki prostą drogą ad absurdum wiedzie! Miałżeby Najjaśniejszy Pan z Hetmanem knować, by sam siebie zdradzić?!

     – Cóż, szlachta ciemna jak tabaka w rogu – odparł – co jej przedać, kupi...

     I tak oto na koniec pojął wszystko, albo i jeszcze co więcej


Wasz
Błazen Nadworny


 
 

Częstuję Was ciasteczkami (po nowemu cookies). Bez obaw, nie są zatrute! Zostając u mnie godzicie się je pałaszować, choć przecie zawżdy wydalić je możecie ze swych przeglądarek. Ja sam wolę dziczyznę i czerwone wino, wszakże wiedząc ile już u mnie ciasteczek zjedzono, łacno poznać mogę, ilu miałem gości.