Błazen Nadworny - Urodziny Infanta

Spisano dnia 24 lipca A.D. 2016

Urodziny Infanta


     Dzień ów zbliżał się wielkimi krokami, a gdy wreszcie nadszedł, wszystko było już zapięte na ostatni guzik. Zaraz z rana zadęto w trąby, cokolwiek fałszywie po prawdzie, atoli z wielką siłą. Potem Książę Marceli, co go Hetmanem Wielkim Koronnym uczyniono, kazał wystrzelić na wiwat z armaty i tak też się stało, choć z pewnym opóźnieniem, bo ode mgły proch zamókł był w nocy i trzeba było słać do zbrojowni po świeży worek. Na koniec zaś jakiś ciura tak zaszpuntował lufę przybitką, że aż rozerwało wiwatówkę na strzępy. Szczęśliwie nikomu włos z głowy nie spadł, za to huk był jak należy. Później przyjmowano w pałacu hołdy od delegatów szlachty, włościan i mieszczaństwa, a od południa – obce poselstwa z życzeniami zdrowia, tudzież pomyślności. Znużyło to po jakimś czasie Infanta, więc się oddalił, by oglądać grających w piłkę, zaś honory domu pełnił dalej pan Kanclerz i to pełnił jak należy, bo jeno z dwoma posłami zdołał się pokłócić.

     Sama uczta rozpoczęła się pod wieczór, w ogrodach. Najpierw podano przekąski oraz okowitę, potem bawił się Najjaśniejszy Pan chwilę dłuższą w chowanego z dworzanami, a to w labiryncie z żywopłotu, aż wreszcie zasiadł na tronie, by przyjmować podarki.

     Jako pierwszy podszedł pan Koniuszy Wielki Koronny, co samo przez się wywołało pewną konsternację, boć przecie wszyscy Księcia Regenta się spodziewali. Infant jednakoż nie dał nic znać po sobie i zdawał się nawet wcale kontent z prezentu, którem okazał się wypchany rumak na biegunach, całkiem słusznych rozmiarów, z uzdą złoconą i ślepiami ze szmaragdów.

     – Pono miał być żywy – szepnął mi na ucho pan Podstoli, co stał tuż obok – jeno zdechło się nieborakowi, więc go wypchali. Jakoś od czasu zmiany na urzędzie siła koni padło...

     Potem pan Miecznik z szabelką się zjawił, całkiem grzeczną, o rękojeści masą perłową wyłożonej, atoli nieostrą, iżby sobie Królewski Młodzian trafem jakim krzywdy nie uczynił. Następnie podarek swój przyniósł pan Krajczy, pan Łowczy, Cześnik, Ochmistrz, Woźniczy i tak dalej, aże wreszcie i mnie kazano się przybliżyć, com też nie mieszkając ochoczo uczynił. Wręczyłem Solenizantowi pajacyka z drewna, któregom wcześniej u jednego, wcale zdolnego majstra na mieście obstalował podług mej własnej inwencji. Marionetkę można było ciągać za postronki, a wówczas nader uciesznie rączkami i nóżkami wymachiwała, a nawet potakiwała główką. Trudno mi jednakoż rzec, czy przypadła ona Infantowi do gustu, boć już był przyjmowaniem prezentów cokolwiek znużony i ledwie na nią okiem rzucił.

     Gdym się jednakoż nieco ode tronu oddalił, podszedł ku mnie pan Śpiżarny, z którem to jakoś zawsze dobrze mi się gawędziło.

     – Uważasz wasze – powiedział – jakoś ani Kanclerz, ani Książę Regent tem bardziej z życzeniami się nie kwapi. Azaliż Najjaśniejszy Pan w niełaskę jaką popadł?

     – Może przez to – odparłem – że gdy dwie niedziele temu co ważniejsi monarchowie na zamek zjechali pakta wojenne zawierać, Infant przy wieczerzy Starego Króla pochwalił i zasługi jego wspomniał?

     – Prawda to, wypsnęło mu się mimochodem. Suponujesz więc acan, iż dla tej przyczyny...?

     – Któż to wiedzieć może – rzekłem – Książę Regent pryncypiów zawżdy przestrzega, to i reprymenda za takowe qui pro quo być musi. Ale spójrz waść, oto do tronu się przybliża!

     W istocie, podszedł Książę do Infanta i wręczył mu wielkie gęsie pióro, nicią ze szczerego złota przetykane, którym Miłościwie Nam Panujący mógłby statuty nowe ochoczo sygnować. Obaczyliśmy jeszcze, jako na koniec Książę lekko palcem pogroził młodzieńcowi – nie za bardzo, lecz tak by Dwór to obaczył i by nikt żadnych wątpliwości w tej materii nie powziął. A ledwie krok w tył uczynił, już śpiesznie do tronu przybliżył się Kanclerz ze złotą kołatką – ją to miano we drzwi komnaty królewskiej stukać, jeśliby przyszło Infanta nocą budzić, by swojem piórem to lubo tamto podpisał.

     Na sam koniec zjawili się Książę Marceli razem z Eminencją, a obadwaj nieśli słusznych rozmiarów relikwiarz złoty, rubinami wysadzany, w którem to kory brzozowej ułamek spoczywał.

     Później Książę Regent do ucztowania zasiadł, a wraz z niem Książę Marceli, pan Kanclerz, Najjaśniejszy Pan i Dwór wszystek. Zaraz też wniesiono sarny pieczone, woły, wieprze i dzbany z przednim węgrzynem. Stoły aże się gięły od jadła i napitków, służba zwijała jak w ukropie, a ze wschodniej baszty poczęto puszczać bengalskie ognie. Zajął się od nich nawet dach ze słomy na starej wozowni, ale pożar udało się rychło ugasić, dzięki czemu uratowano choć ceglane słupy, na których to wspierało się belkowanie. Szkoda jeno kilku karet, co z dymem poszły.

     Było już dobrze po północy, kiedy obaj z panem Śpiżarnym, mając nieźle w czubie, rozpamiętywaliśmy w najlepsze dawne czasy.

     – A powiedzże mi mości dobrodzieju – spytał w pewnej chwili mój interlokutor – któraż to już wiosna bieży Infantowi?

     Poczęliśmy więc liczyć pospołu, coraz to przypominając jakie ważne, przeszłe wydarzenia, aże nam koniec końców wyszło, iż musi być już czterdziesta i czwarta.

     – Ho ho! – rzekłem – toż niebawem przyjdzie mu wejść w dorosłość, zabawki tudzież igrce dziecięce porzucić, za władanie krajem się zabrać, może nawet wojnę jaką per procura stoczyć.

     – Pewnie i Książę Regent kontent będzie, iż go w rządzeniu Najjaśniejszy Pan cokolwiek wyręczy – odparł mój druh bełkotliwie, kładąc głowę na stół.

     – Nie inaczej, nie inaczej, powiadam waszeci – ja mu na to, a czułem, że i mnie język plątać się zaczyna, a senność coraz większa ogarnia – nie inaczej, panie dzieju, jeno go wyręczy, nie inaczej...

     Takie to właśnie rzeczy niemądre wygadywał owej nocy miodem i winem nieźle już podchmielonym będąc


Wasz
Błazen Nadworny


 
 

Częstuję Was ciasteczkami (po nowemu cookies). Bez obaw, nie są zatrute! Zostając u mnie godzicie się je pałaszować, choć przecie zawżdy wydalić je możecie ze swych przeglądarek. Ja sam wolę dziczyznę i czerwone wino, wszakże wiedząc ile już u mnie ciasteczek zjedzono, łacno poznać mogę, ilu miałem gości.