Błazen Nadworny - Komisja Kultury

Spisano dnia 4 września A.D. 2016

Komisja Kultury


     Opowiadałem Wam ongi o Theatrum, które powstało w naszem mieście stołecznem staraniami imć pana Podkanclerzego Błotnickiego, jako i o tem, że koniec końców nic w niem nie wystawiono. Może kto z Was pomni jeszcze owego Wila i jego trupę wędrowną, co to odegrać miała sztukę o pewnym królewiczu z Danii, atoli nie podoławszy zmianom przez Podkanclerzego w tekście poczynionem, w noc przed premierą nogi za pas wzięła. Pamiętacie? Oto więc teraz nadarzyła się sposobność, by Theatrum owe ku aktywności przywrócić i stało się tak zaiste! Ale wszystko po kolei. Zacząć należy od dyskursu pewnego pomiędzy Kanclerzem a panem Błotnickim, przy którym mnie wprawdzie nie było, jednakowoż zasłyszał go przypadkiem pan Śpiżarny i w następstwie tego, przy butelce wina, wszystko mi ze szczegółami wyjawił.

     Tak więc napotkawszy pana Błotnickiego przed Salą Senatorską ozwał się doń pan Kanclerz w te oto słowa:

     – Uważasz wasze, niepokoi się Książę Regent okrutnie o stan kultury śród naszego ludu.

     – I nie dziwota – odparł Podkanclerzy – starczy jadąc przez miasto głowę z karety wychylić, a już słyszy się słowa nader plugawe, wypowiadane przy każdej sposobności. Przekupki lżą jedna drugą, wysławiając się przy tem niczem dziewki sprzedajne, furmani klną jak szewce, a szewce – lepiej nie mówić...

     – A, to! Nie, to głupstwo jeno, szkoda sobie głowę zawracać. Prawdziwy ambaras w tem, co do nas z Europy przychodzi.

     – Z Europy?

     – Nie inaczej. Ot taki pan de Beaumarchais dla przykładu. Napisał komedię o słudze imieniem Figaro, albo jakoś tak, wielce niebezpieczną zaiste, albowiem godzącą w szlachtę i w naturalny rzeczy porządek. A teraz wystawiają to sztuczydło po różnych teatrzykach kukiełek, a lud patrzy, lud słucha...

     – Trzeba zakazać! – odparł Podkanclerzy.

     – Tak też uczyniono, lecz to nic nie dało.

     – Grają nadal?

     – Nie grają, lecz za to zaczęli grywać insze szmiry, jeszcze niebezpieczniejsze...

     – Jakże to?

     – A tak, że w każdej postać, co jako żywo do Księcia Regenta podobną się zdaje, a przy tem mało pochlebnie bywa przedstawiana i ani trochę należną czcią się nie cieszy.

     – Nie może to być! – obruszył się pan Błotnicki – trzeba więc zarządzić, aby z każdą sztuką przed jej wystawieniem musiał się zapoznać jaki urzędnik, aby wykreślił z niej, co niewłaściwe, zmienił co trzeba...

     – I to już czyniono – odparł Kanclerz – lecz jest jeszcze gorzej! Teraz publika sama odgadywać próbuje, pod kim też Książę Regent się skrywa. Jest li on smokiem, złą wiedźmą, okrutnem tyranem, rycerzem szalonem? Wszędzie się teraz jego dopatrują. Trzeba coś z tym zrobić.

     – Lecz co? – spytał pan Błotnicki.

     – A, w tem już głowa waszeci. Z woli Regenta tworzy się oto Komisję Kultury, a waszmość zaraz staniesz na jej czele...

     – To nadmiar łaski...

     – Będziesz więc acan ministrem i migiem obmyślisz, jak ponieść w lud prawdziwej kultury kaganiec. Niech sobie chamy klną do woli, okładają się kułakami, dłubią w nosie i co tam jeszcze, byleby dali pokój głupawym teatrzykom i z całego serca miłowali Księcia Regenta. I Najjaśniejszego Pana, rzecz jasna.

     – Ale jakże ja...?

     – Rzekłem, waści w tem głowa.

     To powiedziawszy oddalił się Kanclerz w swą stronę, zaś pan Błotnicki stał dalej jak wryty, a na jego twarzy malowało się przerażenie.

     Tak właśnie opisał mi to pan Śpiżarny. Dalej wiem od pana Krajczego, który wczora poczęstował mnie wyśmienitem kapłonem, że Podkanclerzy zmagał się czas jakiś z całem tem kłopotem, aż wreszcie za czyjąś namową wskrzesić postanowił owo Theatrum, od którego to zacząłem snuć moją opowieść. Sprowadził więc skądeś trupę aktorów, jednakoż pomny, iż permanentny nadzór nad niemi jest rzeczą pierwszorzędną, przegnał precz założyciela trupy, zaś w jego miejsce ściągnął z Moraw pewnego komedianta, który, jak powiadają, zagrał kiedyś rolę Juliusza Cezara. Był li on protegowanem Mistrza Mateusza? – tego nie wiadomo. Rekomendując go Kanclerzowi miał rzec pan Błotnicki, iż aktorzyna to lichy, atoli rozkazom władzy zawżdy powolny, a przy tem pojętny na tyle, aby intencje chlebodawców swych w lot odgadywać. Tu jednak zaczął się ambaras z resztą trupy. Nie pozwalamy! – krzyczeli – Nie wyprowadzą nas w morawskie pole! Chocia by i prawdziwem był Cezarem, nie naplwa nam w gębę! I tak dalej i tak dalej... I mimo iż straszył ich Błotnicki pręgierzem, a z drugiej strony przyobiecywał złotem sypnąć, aktorzy, podobnie jako ich poprzednicy, w którąś nocą czmychnęli gdzie pieprz rośnie i tyle ich widziano.

     Jeśli wierzyć słowom pana Krajczego, Podkanclerzy pierwej srodze się rozgniewał, a potem bardziej jeszcze wystraszył. Rwać włosy z głowy począł, że woli Księcia Regenta wypełnić nie zdoła, za co najpewniej stanowiskiem i majątkiem, a może i głową zapłacić mu przyjdzie. Deliberował tak dzień cały, aż wreszcie wpadłszy na koncept jaki, udał się do Księcia Marcelego, któren to, jako wiecie, godność Hetmana Wielkiego Koronnego piastuje, przez co też zwą go niekiedy Ministrem Wojny. Rozmowa trwała aż do późnej nocy i nikt nie wie, o czem tam dyskutowano, atoli lokajczyk jeden wyjawił panu Krajczemu, iże widział jako Błotnicki wracał krużgankiem do swej komnaty wielce rozpromieniony i nawet piosnkę jaką nucił pod nosem.

     Dziś zaś popołudniową porą odbył się spektakl, na który to, będąc wielce ciekaw sztuki, wybrałem się, rzecz jasna incognito. Przyszedłem wczas, by miejsce na galerii zająć dogodne i dobrzem uczynił, albowiem teatr wypełnił się po brzegi tak, że aż w szwach trzeszczeć począł. Słońce przygrzewało niemiłosiernie, przez co człek każden spocony był srodze i niezbyt miła woń rozchodziła się wokół. Mimo to serce rosło we mnie, gdym widział, iż publika znacznie więcej łaknie kultury niźli zimnego piwa, na ten przykład.

     Przedstawienie rozpoczął nowy gospodarz Theatrum, ów komediant z Moraw ściągnięty. On to przybrany w togę niczem Juliusz Cezar, z wieńcem laurowem na czole, przywitał publikę nader uroczyście, po czem wygłosił laudacją na cześć Księcia Regenta, a wspomniał w niej takoż Infanta, Kanclerza, a potem imć Błotnickiego wraz z całą Komisją Kultury.

     W akcie drugim na deski wszedł ksiądz Miętus w ornacie, z asystą kilku zbrojnych i odprawił mszę, w której cokolwiek wprawdzie pomylił liturgię, atoli nader płomienne wygłosił kazanie, wzywając, by kto żyw i w Boga wierzy, bił Żydów, Niemców, przybyszów inszych oraz wszelkie ścierwo. Rzec trzeba, iż gromkie za to otrzymał oklaski.

     W trzecim zaś akcie pojawił się husarz w bojowem rynsztunku i głosem donośnem odczytał imiona przyjaciół Regenta, wielkich bohaterów, którzy polegli jadąc karetą, po tem jak woźnica we mgle drogę zmylił i prosto w przepaść pognał konie. Owa śmierć męczeńska po wiek wieków ma być wspominana z rozkazu Księcia Marcelego. Następnie husarz dał znak i na scenę wpadło z tuzin chłopa, albo i więcej – jedni w naszych barwach, zaś inni w turbanach, a wszyscy zbrojni w cepy albo kije. Byli to włościanie, co ochotniczo służyć zapragnęli w nowem pułku Księcia, zaś dziś odegrać mieli bitwę wielką, w której to rozgromiono przed laty niewiernych. Tak więc nie mieszkając poczęli okładać się wzajem czem popadnie, brali się za bary, prali po gębach lub wymierzali sobie nawzajem kopniaki ku wielkiej uciesze gawiedzi. Paru widzów nawet, co bliżej stojących, zapewne głębiej jeszcze chcąc przeżyć ów spektakl, włączyło się rychło do bójki – rzecz jasna biorąc chrześcijańską stronę i przyczyniając się tem do wiktorii.

     A gdy wszyscy aktorzy już całkiem opadli z sił i legli pokotem na scenie, sztukę zakończono, zaś w nastrój bojowy wprawiona publika uformowała pochód, któren z pochodniami przeszedł przez miasto, rozbijając i plądrując żydowskie karczmy i sklepiki. Obwieszono też na rynku dwóch przypadkowych nieszczęśników, ludzi odzianych z niemiecka, których ktoś z tłumu okrzyknął szpiegami. Na koniec zaś wszyscy popili się zrabowaną okowitą i trochę po północy w mieście zapanował spokój.

     Jako rzecze pan Krajczy, wszystko to obserwował z zamkowego okna Książę Regent i pono świetnie się bawił, śmiał do rozpuku i dłonie z radości zacierał, czem z kolei niesłychanie ukontentował się pan Podkanclerzy Błotnicki i jakby mniej nieco


Wasz
Błazen Nadworny


 
 

Częstuję Was ciasteczkami (po nowemu cookies). Bez obaw, nie są zatrute! Zostając u mnie godzicie się je pałaszować, choć przecie zawżdy wydalić je możecie ze swych przeglądarek. Ja sam wolę dziczyznę i czerwone wino, wszakże wiedząc ile już u mnie ciasteczek zjedzono, łacno poznać mogę, ilu miałem gości.