Błazen Nadworny - Jubileusz

Spisano dnia 14 sierpnia A.D. 2016

Jubileusz


     Poczęło już zmierzchać i właśnie zadzwoniono na Nieszpór, kiedym zmierzając dziedzińcem zamkowem ku zachodniemu skrzydłu, napotkał pana Śpiżarnego. Skłoniliśmy się sobie i już miałem iść dalej, lecz mój zacny kompan od kielicha zatrzymał mnie mówiąc:

     – Nie sądzisz wasze, że jakoś dziwnie cicho o rocznicy?

     – O rocznicy? – zdumiałem się nie wiedząc, w czem rzecz – O jakąż też rocznicę idzie waszeci?

     – Ano właśnie zda się, wszyscy zapomnieli. Jutro rok będzie, jak Infant na tron wstąpił, a wraz z nim Książę Regent rządy krajem objął. Jubileusz by należało wyprawić.

     – W rzeczy samej! – zawołałem w głos – Rok temu było to jakoś zaraz przed Zielną! Feta jakich mało! Dnia następnego aże do wieczora zdjęty niemocą leżałem...

     – Jako i ja – odpowiedział.

     Przyszło mi też zaraz do głowy, że nawet w urodziny Infanta, o których dopiero co Wam opowiadałem, nie wypiliśmy tyle wina i miodu, co wtedy. Ej, uczta to była nad uczty! A teraz co? Nic!

     – Znasz może waść przyczynę tego zaniechania? – spytałem – Lubo może słuchy jakieś cię doszły? Azaliż Najjaśniejszy Pan ciągle u Księcia Regenta w niełasce?

     – Zda się, nie w tem rzecz – on mi na to – lecz zgoła inszą ma owo silentium przyczynę. Wyjawił mi w konfidencji wielkiej imć pan Podstoli, jako zasłyszał przypadkiem dyskurs panów Marszałka i Miecznika, w którem to rzec miano, iż rok temu Infant cokolwiek pochopnie obietnic bez liku szlachcie był uczynił.

     – A któż by to spamiętał?! – odparłem.

     – W istocie – rzekł pan Śpiżarny – takem powiedział panu Podstolemu, lecz ten przypomniał, iż w dni one przecie Infant pacta conventa zaprzysiągł, a w nich czarno na białem to i owo stoi.

     – I myślisz waść, że szlachta... – zacząłem, on zaś skończył za mnie:

     – Uczyni rokosz? Któż to może wiedzieć? Z jednej wszak strony groszem w lud sypnięto, lecz z drugiej skarbiec pustkami zaświecił... Król przyrzekł szlachtę od lichwy uwolnić, lecz panu Kanclerzowi do tego nieśpieszno, bo gdyby nadto bankierów przycisnął, toć sam by nie miał od kogo pożyczać. Podatki zmniejszyć, starców uposażyć... A wszytko to miało być w rok uczynione!

     – Słusznie acan prawisz – odparłem – tak właśnie Książę Regent przemawiał ustami Infanta. I abdykację nawet zapowiedział, jeżeli w rok swych obietnic wypełnić nie zdoła! Samo to w sobie zda się osobliwe, boć przecie to Regent winien był mówić imieniem Króla, nie zaś odwrotnie! Może więc teraz po prostu ogłosi, iż królewskie dziecię, nasłuchawszy się bajek od swej starej niani, powtórzyło je szlachcie? A podpis na dokumencie w nieświadomości złożyło, nie dość przecie w łacinie jeszcze biegłym będąc? Rebus sic stantibus, cóż się zdarzyć może?

     – A to mości panie – rzekł rozglądając się uważnie wokół i głos swój ściszając – że mało kto da wiarę takim eksplikacjom. Przyznasz sam przecie, że jest w tem tłumaczeniu jakowaś niezręczność, przez którą najlepiej o całej rocznicy zapomnieć i w zgoła inszą stronę odwrócić uwagę...

     Tu przerwał, albowiem w krużganku pojawił się właśnie pan Łowczy Koronny.

     – Cóż to, waszmoście – rzekł przybliżywszy się ku nam – czemuż nie było was w sali tronowej?

     – W sali tronowej? – spytaliśmy obaj niemal jednogłośnie, zaś na twarzach naszych wielkie zaiste odmalowało się zdumienie.

     – A jakże! – odparł – wszak przedstawiono tam dzieło Mistrza Mateusza!

     Opowiadałem Wam już ongi o owym Mateuszu z Moraw, alchemiku, którego sprowadzono rok temu bez mała na zamek, by wytworzył złoto i skarb pusty napełnił. Snadź umknęło i mnie i panu Śpiżarnemu, że oto dziś miała się odbyć kolejna audiencja.

     – Rzeknij nam więc acan, cóż się wydarzyło! – powiedział mój kompan do pana Łowczego – azaliż zdołał mistrz uzyskać złoto?

     – Nic podobnego! – on na to – jednak z pomocą cudzoziemskich mędrców spisał wielką księgę. Akurat przysłano z oficyny w Moguncji opasłe tomiszcze, stron dwieście z okładem, w skórę cielęcą oprawne, De progressu cum auctoritate, czy jakoś podobnie...

     – A w środku?

     – A w środku o tem właśnie, co czynić trzeba, by piasek, rtęć i ołów przemienić w kruszec szlachetny.

     – I tajemnicę taką wyjawił Mistrz w księdze?! – krzyknąłem zdumiony – Toż cała Europa na tem się wzbogaci!

     – Hola, mości panie! – on na to – w dziele owem stoi, że lat dziesięciu trzeba, aby się kamień filozoficzny przez rtęć i piasek przegryzł, a pięciu lat jeszcze, aby strawił ołów.

     – Znaczy to – spytał pan Śpiżarny – że skarb nie prędzej niż w lat piętnaście złotem się zapełni?

     – Tak się właśnie stanie – rzekł Łowczy – jednak wtedy jeno, gdy szlachta Księciu Regentowi posłuszeństwo ślubuje, a lud cały za kraju pomyślność modły wznosić będzie.

     – A zatem – uspokoiłem się już nieco – choćby i Francuz jaki lub Niemiec księgę tę przeczytał, to pożytku żadnego i tak z niej mieć nie będzie?

     – Nie inaczej – odparł – w tem właśnie geniusz cały naszego Mistrza z Moraw się zasadza, któren to dziś i Najjaśniejszy Pan i Książę Regent docenić raczyli, a i wynagrodzili sowicie...

     Cóż więcej rzec mogę? Żal, iż mnie w sali tronowej w tę porę nie było, żal, żem taką okazję przepuścił. Ach, i byłbym zapomniał: żal, że jubileuszu koronacji Infanta nie fetowano tak, jako mu przystoi...

     A co się tyczy Mistrza Mateusza, to obiecałem dziś sobie solennie,  w librarii zamkowej czasu nieco spędzić, ów traktat jego dogłębnie studiując. A potem piachu, ołowiu i rtęci zgromadzić... Za kraj supliki wznosić – rzecz zwyczajna, zaś co do posłuszeństwa Księciu Regentowi? Gdy złoto in perspectiva, czemuż to nieposłusznym miałby się okazać


Wasz
Błazen Nadworny


 
 

Częstuję Was ciasteczkami (po nowemu cookies). Bez obaw, nie są zatrute! Zostając u mnie godzicie się je pałaszować, choć przecie zawżdy wydalić je możecie ze swych przeglądarek. Ja sam wolę dziczyznę i czerwone wino, wszakże wiedząc ile już u mnie ciasteczek zjedzono, łacno poznać mogę, ilu miałem gości.