Błazen Nadworny - Antybłazen

Spisano dnia 21 lutego A.D. 2016

Antybłazen


     Pewnego razu, kiedym pod wieczór przemierzał puste już krużganki, idąc ku swej komnacie w zachodnim skrzydle zamku, minąłem człeka pewnego, co z wyglądu i ubioru tak bardzo nijaki się zdawał, że i ja nijak rzec bym nie potrafił, czym go już kiedy spotkał, czy też nie. I pewnie nie zwróciłbym nań najmniejszej uwagi, gdyby nie to, iż, gdy się już oddalał, posłyszałem jak mamrocze pod nosem: Psi pomiot w czapce z dzwoneczkami, ciekawe komu dzwonki te skradł po łajdacku...

     – Hej, wasze, zatrzymaj się! – krzyknąłem doń słysząc te słowa.

     Stanął w miejscu i w stronę mą głowę odwrócił, zaś na jego twarzy ujrzałem wyraz przerażenia, zaiste takiego, jakie się mało kiedy widuje.

     – Do mnie waść mówiłeś? – spytałem go głosem gniewnym i donośnym.

     – Przysięgam panie, że nie! – wybełkotał.

     Dobyłbym już pewno pałasza, by rzecz honorową na miejscu rozstrzygnąć, gdyby nie to, iż odpowiedź jego zupełnie z pantałyku mnie zbiła. Spytałem zatem:

     – Do kogóż tedy wypowiadasz swe słowa? Wszak prócz nas dwóch nikogo tu nie ma!

     – Do siebie samego... – rzekł wielce zmieszany.

     – Jesteśże acan przy zdrowych zmysłach, do się samego mówiąc?

     – Mniemam, że i owszem... – odparł.

     – Czemu tedy do się samego mówiąc moją osobę obrażasz? A może kogo innego widziałeś tu w czapce z dzwoneczkami?

     – Ani trochę, panie, lecz wierzajcie mi, żem was obrazić nie miał w ogóle zamiaru. Słowa me istotnie obelżywymi wydać by się mogły, a nawet powinny, jednakowoż dla wprawy jedynie je wymawiam, nic złego nie mając na myśli. W rzeczy samej wielką mam dla waszeci atencję, lecz w iniuriach wciąż wprawiać się muszę.

     – A któż ci każe się w nich wprawiać? – spytałem wielce już skonfundowany.

     – Pan Podkanclerzy zatrudnił mnie snadź na urzędzie, którego nazwa tak tajną pozostaje, iż nawet ja sam jej nie znam, jednakże powinności swe aż nadto rozumiem i spełniać się staram jak umiem najlepiej.

     – Zatem powinnością twoją obelgi obmyślać?

     – Nader trafnie ujęliście to, panie.

     – Jakże to? Cóż to za urząd? Toż pierwszy lepszy szewc tak umie, może nawet lepiej od waści!

     – Och nie! – uśmiechnął się tajemniczo – szewc klnie po prostacku, ja zaś z wyrafinowaniem plugastwa dobieram do osoby, cały jej charakter mając na uwadze, czyny wszelakie, genealogię...

     – Genealogię, powiadasz?

     – Nie inaczej panie. Chętnie objaśnię wam to, jeśli tylko wraz ze mną do pracowni mej udać się zechcecie.

     Trudno, żebym odmówił, gdyż koniec końców ciekawość wielka mnie zdjęła, by się czego więcej o profesji owej dziwacznej dowiedzieć. Weszliśmy zatem do komnaty, pośrodku której stół wielki ustawiono, zaś na nim pergamin rozpostarty leżał, a na pergaminie z pieczołowitością wielką drzewo wymalowane i u każdej gałęzi konterfekt z inskrypcją wszystko objaśniającą.

     – O tu, spójrzcie panie! – wskazał na sam czubek drzewa, przysuwając bliżej świecę.

     – Wszak to hrabia Lwowski – rzekłem z niemałym zdumieniem.

     – We własnej osobie – odparł – na niego to wczora zlecenie mi dano. A teraz spójrzcie tutaj.

     – Dziad jego, Josephus.

     – Otóż właśnie. Rozpustnik, hulaka, a do tego zdrajca. W wojnie sześcioletniej z wrogiem się sprzymierzył i własnych rodaków mordował...

     – Co też acan mówisz?! – zaprotestowałem – Człek to był uczciwy i nad wyraz prawy! Po stronie króla walczył, wszak wszyscy to wiedzą! I nawet order za owe zasługi wręczył mu pradziad Miłościwie Nam Panującego.

     – Jedni tak mówią, inni znów inaczej... Król order wręczając w podeszłym był już wieku i kto wie, czy na demencję nie cierpiał. A skoro cierpiał, łacno zasługi ze zbrodnią mógł przecie pomylić. A skoro pomylił, trzeba by rozważyć, czy orderu owego nie należałoby czasem odebrać, pośmiertnie rzecz jasna... Kimże zatem był człowiek, któremu ordery się teraz odbiera? Wzorem cnót wszelkich, czy też podłym zdrajcą? Ergo, jeśli był zdrajcą, krew owa zdradziecka w żyłach synów jego też płynąć musiała, jako i wnuków przecie. Ergo, zdrajcą być musi również hrabia Lwowski, ów hultaj przebrzydły, łajdak jakich mało, oszust i oszczerca, złodziejskie nasienie, świński łeb w łajnie krowim unurzany...

     – Dość już! Dość tego! – krzyknąłem wzburzony.

     – Chciałeś wasze istotę mej profesji pojąć – skłonił się z uśmiechem – ja osobiście nic nie mam przeciwko hrabiemu, ani przodkom jego, jednakże pracę mą wykonuję z najwyższy staraniem.

     – Toż to praca kata!

     – Do pewnego stopnia, choć wyrok otrzymawszy, głów przecie nie ścinam, jeno w błocie nurzam.

     – A któż ów wyrok na hrabiego wydał? – spytałem.

     – Odgadnijcie sami, panie. To jedno wam powiem, iż mąż ów świątobliwy doktorem filozofii jest, w teologii nie mniej obeznany i że jemu to nadzór nad uniwersytetami w Królestwie naszem powierzono...

     – Być nie może! – rzekłem, chocia przyznam szczerze, iż rzeczy z pozoru niemożliwe, coraz mniej niemożliwemi zdawać mi się jęły. On zaś uśmiechnął się jeno szelmowsko i nic nie powiedział. W tejże przecie chwili dostrzegłem w półmroku wiszący na ścianie inszy pergamin, również z drzewem, co jednak tak powszechnie znanem było, że aż oniemiałem z wrażenia.

     – A to...? Tym też się waść zajmujesz...?

     – Ach skądże by znowu! To przecie niedościgły przykład, genealogiczny, by tak rzec, ideał. Spoglądam nań po to, by kontrast właściwy uchwycić.

     Podszedłem ku ścianie i wzrok skierowałem ku korzeniom drzewa, gdzie protoplasty rodu znalazł się konterfekt.

     – No cóż – westchnąłem – mówiąc całkiem szczerze, człek ten był łotrem, co miasto całe spalił, starców, kobiety i dzieci w pień wyrżnął, a z bogactwami tem sposobem zdobytemi do kraju powrócił...

     – Co też panie mówicie! – skarcił mnie natychmiast – wszak niewiernych do nogi wybił, a to cnota wielka i zasługa w niebie, a dzielność owa we krwi potomków jego aż po nasze czasy! To zaś tu – na stół wskazał – ohydne plugastwo.

     I wtedy, wyznam szczerze, prócz pergaminu z genealogią rodu Lwowskich, dostrzegłem coś jeszcze w samym rogu stołu: jakby wolumin w skórę oprawny, ale obwiązany sznurkiem, a na sznurku pieczęć lakiem uczyniona. Na grzbiecie zaś skreślone czyjąś ręką: Kniaź Bolko.

      A to, cóż takiego?  spytałem zdziwiony.

      Sekret wielki, panie, najprzedniejsze z dzieł moich. Rzec wam dziś więcej nie mogę, ale dzień przyjdzie, gdy prawdę poznacie. Wiedzcie jeno, że księga ta osobliwym trafem się wkrótce odnajdzie, a wtedy otwarta, niczym kartacz w gnojownik rzucony wybuchnie. Łajna z tego będzie co niemiara, a iluż uczonych zajmie się jego natury badaniem!  tu zaniósł się śmiechem zaiste szatańskim, podczas gdy ja, zbrzydzony tym do cna, wyszedłem z człeka onego pracowni i krokiem śpiesznym udałem się prosto ku swojej komnacie.

     Tak wiele obaczywszy onego wieczora, nie poznałem jeno, jako się też ów urząd nowo utworzony zowie i wciąż nad tym w głowę zachodzę. Lecz cóż, skoro rolą błazna jest śmiechem chłostać rządzących, a powinnością tego oto, oszczerstwa podłe obmyślać na ludzi, co się rządzącym przeciwią, to chyba wszak słusznie Antybłaznem postanawia niniejszym nazwać swoje przeciwieństwo


Wasz
Błazen Nadworny


 
 

Częstuję Was ciasteczkami (po nowemu cookies). Bez obaw, nie są zatrute! Zostając u mnie godzicie się je pałaszować, choć przecie zawżdy wydalić je możecie ze swych przeglądarek. Ja sam wolę dziczyznę i czerwone wino, wszakże wiedząc ile już u mnie ciasteczek zjedzono, łacno poznać mogę, ilu miałem gości.