Błazen Nadworny - Opowieść Wigilijna

Spisano dnia 20 grudnia A.D. 2015

Opowieść Wigilijna


     Dawno, dawno temu w pewnym kraju dalekim, po śmierci starego króla wstąpił na tron syn jego, Książę Ducjusz, co ledwie dziesięć wiosen sobie liczył, a że jako Infant rządzić samodzielnie nie mógł, toteż władzę w państwie powierzono największemu z magnatów, Baronowi Januaremu, który tym to sposobem Regentem został. A trzeba wam wiedzieć, że żaden z możnowładców równać z nim się nie mógł i mimo że przecie sam nie z królewskiego rodu, to ongi Księcia do Chrztu Świętego trzymał.

     Mimo całej swej potęgi był January człekiem mizernej postury, zaś serce jego wielkością w sam raz wzrostowi dorównywało. Nie znosił, jeśli kto w sprawie jakiej, choćby najbłahszej, insze niźli on miał zdanie, zasię każdego, kto by mu się jawnie przeciwił, w mig na szafot posyłał. Nie dziwota więc, że otaczali go pochlebcy jeno, a każdy jak najwięcej się starał przypodobać Regentowi, nie chcąc bardziej blado od inszych wypaść i z tej to przyczyny w najlepszym razie jako banita na wygnaniu skończyć.

     Baron wstawał z łóżka niespiesznie, bywało że i koło południa, atoli ministrom swoim w dzień i w nocy urzędować kazał, a nawet zwłaszcza nocą, boć to podług niego najlepsza była pora na dekretów nowych ogłaszanie.

     – Widzisz, chłopcze – zwykł był objaśniać tę rzecz Infantowi, który Regenta swego wujem zowiąc zapatrzony był weń niczym w obraz święty – idzie o to, by dzień nowy poddanych twoich nowym prawem witał, bo wtedy ono zda się im niczym słońce, które takoż rankiem wstaje. Nikt nie zapyta więc, w jakim celu i z jakiej przyczyny dekreta takowe spisane zostały, podobnie jak nikt przecie nie ciekaw, czemu słońce wschodzi. To co nocą postanowione, za dnia najoczywistszą oczywistością się wyda i takim przyjęte zostanie.

     – Nawet gdyby rzec, że białe czarnym jest, a czarne białym, wuju? – spytał chłopiec.

     – Nawet wtedy, synku.

     – A gdyby im objaśnić, że to, co za prawe i sprawiedliwe powszechnie uchodzi, jeno takowym się zdaje, zaś wszeteczeństwo wszelakie prawem i sprawiedliwem jest w samej istocie?

     – Powtórz im to po stokroć, a na wiarę przyjmą – odparł January.

     – A co wtedy, gdy znajdą się tacy, którzy w to nie wierząc, jeszcze do niewiary swej inszych przekonywać poczną? Pod miecz katowski wszystkich ich poślesz?

     – Mógłbym, choć nie od razu czynić tak należy. Pierwej od czci i wiary ludzi tych odsądzić trzeba, obelgami obrzucić i wiernych poddanych zwrócić przeciw nim. Stracić zaś... można ich potem.

     – A nie lepiej jednakże od razu na szafot? – dopytywał się Infant.

     – Powiadam ci, nie masz większej rozkoszy, niźli widzieć jak sponiewieranymi zostaną. Większa z tego radość, niżby patrzeć jak ich kołem łamią. Zresztą, sam jutro obaczysz – rzekł mu na to Baron.

     Nazajutrz – a była to akurat Wigilia, której jednakowoż z woli Regenta nie świętowano w zamku – tak więc nazajutrz udał się Infant wraz ze swym opiekunem do sali, w której zawżdy toczyły się sądy. Tym razem przed trybunał stawiono niezmiernie podłego człowieka, który to brata swego rodzonego, a oficyjera gwardii królewskiej, dla mieszka dukatów zgładził sztylet mu w plecy wbijając. Widziało to kilku świadków i oto teraz ludzie ci, jeden po drugim przed trzema sędziami zeznania swoje składali.

     – A teraz patrz uważnie, chłopcze, słuchaj i ucz się! – zwrócił się Regent do Infanta, po czym na środek sali wystąpił i rzekł głosem donośnym – Imieniem Najjaśniejszego Pana tego oto człeka ułaskawiam i z winy wszelakiej, domniemanej, oczyszczam, jako że w rzeczy samej jest on niczym kryształ ućciwy, o czem niniejszym uroczyście zaświadczam.

     Na równe nogi zerwali się sędziowie uszom swym nie wierząc, zaś Infant spytał Regenta po cichu:

     – Zaprawdę taki to człek, wuju?

     – Skądże znowu, chłopcze – szepnął mu Baron na ucho – toż to łotr pospolity. Nie w tym rzecz jednak. Poznasz, co to władza, a ona wartością jest sama dla siebie.

     Tymczasem pierwszy i najstarszy z sędziów, imć pan Kacper Niedźwiedzki, co przewodniczył trybunałowi, wykrzyknął:

     – Jakże to, Baronie?! Wszak winę mu oto nad wszelką wątpliwość dowiedziono!

     – Śmiesz twierdzić, iż więcej niźli sam Najjaśniejszy Pan wiesz o winie człeka tego? – odparł January – A kimże ty jesteś, łajdaku? Jakież pojęcie masz o osądzaniu?

     Pobladł pan Kacper, za serce się chwycił i zdało się, że języka w gębie zupełnie zapomniał.

     – Wszak pan Niedźwiedzki doktorem praw jest, wiedza jego znaczna – ozwał się tymczasem drugi sędzia, pan Melchior Wilczyński – a wieku słusznego dożywszy, doświadczonym stał się wielce i zawżdy sprawiedliwe wyroki feruje.

     – Bronisz go zatem? Mimo iż Majestat otwarcie obraża? Takiego sortu, jak i on jesteś człekiem – podłym i przekupnym. Wszyscy przecie drwią z ciebie mając o twym sumieniu takowe mniemanie!

     Krew napłynęła sędziemu do twarzy kiedy to usłyszał, po czym najgłośniej jak umiał, powiedział:

     – Wasza Wysokość! Baronie! Najjaśniejszy Panie! Nigdy złamanego grosza nikt z nas nie wziął! Każdy to zaświadczy!

     – Każdy?! Znaczy kto? Podobni wam sprzedawczycy?

     – Panie! – ozwał się trzeci z sędziów, Baltazar Zajączkowski – Raczcie ważyć słowa! Ten oto człek jeszcze osądzonym nie został, wy zaś już karę mu darować chcecie?

     – Ja miałbym słowa ważyć? Ja, który imieniem Majestatu przemawiam? Króla, co w dobroci i mądrości swojej od sądzenia was oto wyręcza? A wy niewdzięcznicy, zaprzańcy, złodzieje! Równie podli jak wasi ojcowie! We krwi zdradę macie, z mlekiem matki wyssaną, z pokolenia na pokolenie! Nienawiść i pogarda przez was przemawia! Nienawiść i pogarda, co waszym rzemiosłem się stała! Jedna tylko kara być może dla zdrajców. Oto więc z mocy przez Najjaśniejszego Pana mi danej osądzam was i na śmierć haniebną skazuję. Straże! Wyprowadzić ich!

     – Zdradzili mnie w rzeczy samej, wuju? – zapytał znów Infant po cichu.

     – Nie, chłopcze – odparł Regent – lecz zdradzić by mogli, a już to samo zbrodnią jest okrutną i o karę sprawiedliwą woła.

    Tegoż samego dnia jeszcze, gdy przeszło południe i wszędy zapadł już szary, grudniowy mrok, na jednej wspólnej szubienicy zawiśli wszyscy trzej sędziowie: Kacper Niedźwiedzki, Melchior Wilczyński i Baltazar Zajączkowski. I jeno blady sierp młodego miesiąca trzy szare cienie rzucał na szronem białym pokryte mury zamku.

     Powiadają, choć nikt przecie widzieć tego nie mógł, że owej wigilijnej nocy nawiedziły Barona Januarego trzy duchy. I mówią też, że skutkiem wizyt onych, co nader burzliwie przebiegły, a więc że ich skutkiem nazajutrz, w sam dzień Bożego Narodzenia zmienił się Regent nie do poznania – jakby na nowo na ten świat przyszedł. Rządzić począł mądrze i dobrotliwie niczym baranek, a rządził już w ten sposób aż do końca dni swoich i takim go zapamiętano. Jest li to prawda? Tego nie wiadomo, lecz trzeba mieć nadzieję, że tak właśnie było.

     Ja zaś rozmyślam teraz o onym zdarzeniu, akurat gdy nadchodzi Wigilia i świat cały zda się puchem białym spowity i pogrążony we śnie błogim, zaś śniegowe płatki niczym skry wirują w blasku pochodni rozświetlających zamkowy dziedziniec. Rozmyślam popijając grzane wino i spoglądając na wielką jodłę w rogu mej komnaty, gdzie kolorowe cukierki, orzechy, szyszki złotem malowane i świeczki zapalone, te, co zwykłym ludziom niosą światło, radość, i nadzieję. I takich właśnie Świąt, takiej nadziei, co przychodzi w tę noc, w którą rodzi się Bóg Przedwieczny, także Wam dziś życzy


Wasz
Błazen Nadworny


 
 

Częstuję Was ciasteczkami (po nowemu cookies). Bez obaw, nie są zatrute! Zostając u mnie godzicie się je pałaszować, choć przecie zawżdy wydalić je możecie ze swych przeglądarek. Ja sam wolę dziczyznę i czerwone wino, wszakże wiedząc ile już u mnie ciasteczek zjedzono, łacno poznać mogę, ilu miałem gości.